Bez kategorii Wpisy-slider Z ręką na sercu

Za co lubię dzieci?

Nigdy nie pomyślałabym, że koniec końców wyląduję z dziećmi (jeśli zaliczać teraźniejszość do końca końców) i jeszcze będę wypisywać takie rzeczy. Nie mam rodzeństwa, kuzynów widuję rzadziej niż raz na rok. Natomiast to co zawsze miałam, to awersję do rozpuszczonych jak dziadowski bicz jednostek (dobra, dalej mam, ale umówmy się, kto do takich nie ma?).
Nagle jednak, tak znikąd – jak zawsze – wykiełkował we mnie plan – zostać animatorem. Skąd się to wzięło? Nie wiem. Prawdopodobnie zaczęło się od obserwowania Babci, która od paru lat zajmuje się dzieckiem. Chłopczykiem, który z miejsca wydał mi się autentycznie i nieskazitelnie uroczy. Myślałam, że to tylko taki przypadek, wynaturzenie jakieś, a inne dzieci raczej takie nie są. Do tego, w tamtym czasie również, istniała we mnie pewna blokada. A mianowicie – nie lubiłam… albo wstydziłam się Go zabawiać.
Upłynęło trochę czasu. Praca animatora zawsze wydawała mi się rewelacyjna i chyba tylko tak podświadomie czekałam, aż to małe pragnienie nagle wystrzeli z czeluści umysłu i zacznie błagalnie prosić, aż go zechcę wcielić w życie. Gdy zobaczyłam więc casting na animatora za granicą, nie zastanawiałam się, tylko od razu pobiegłam. Nie udało się. Za to kilka razy w wakacje miałam okazję prowadzić imprezki typu mini disco. Znalazłam też w Internecie parę ogłoszeń na animatora w salach zabaw. Więc zaczęłam próbować, to tu, to tam, po kolei. W końcu znalazłam taką salkę, w której pracuję do dnia dzisiejszego.
Zaczynałam lekko wystraszona, nie powiem. Nie do końca wiedziałam jeszcze z czym dzieci ,,się je” (z masłem czy z ketchupem). Brakowało mi jeszcze tego obycia. Niby coś już prowadziłam, ale urodziny były dla mnie czymś nowym. A dodatkowy stres niosła dla mnie waga tego wydarzenia. Niby nic wielkiego, ale nie dawało mi wspomnienie siebie jako dziecka, przebierającego nogami chyba już z pół roku przed imprezą. I te wszystkie skrupulatne plany, wyobrażenia, kombinacje po nocach. Co więcej, do dnia obecnego pamiętam większość z tych zabaw. Uważam więc, że takie urodziny w życiu dziecka to jednak jest COŚ, nie takie nic.
I wiecie co, po upływie pewnego okresu czasu regularnej pracy z dziećmi, dostrzegłam zmianę w swoim postrzeganiu ich. Kiedyś albo były mi obojętne, albo mnie irytowały (teraz albo mnie irytują, albo je toleruję 😀 ) Mam nadzieję, że nie budzą się we mnie żadne instynkty, ale dzieci naprawdę zachwycają mnie i zadziwiają. Wypunktuję Wam wszystkie plusy, które dostrzegłam.

♡ Wydurniam się, zachowuję jak kretynka, czyli jestem sobą, a te się jeszcze cieszą.

Na początku podchodziłam bardzo ostrożnie. Ciężko mi było nagle przestawić się z trybu dorosłego i zacząć mówić jako ja w wyolbrzymiony i kolorowy sposób. Nawet nie chodzi mi o jakieś ,,ciuciuciubububu” – do tego akurat bym się nigdy nie przemogła, tylko o takie zwykłe, wesołe gaworzenie. I tak z początku czułam się jak clown. Nie mając zbyt wysokiej styczności w przeszłości, ciężko było dopasować się do toku myślenia kogoś, kto dopiero poznaje świat. Naprawdę, często próbuję sobie przypomnieć siebie z okresu dziecięcego. Niby jeszcze powracają jakieś przebłyski dawnych myśli lub refleksji, lecz to tylko znikome chwile. Nie wiedziałam tutaj jakich reakcji się spodziewać. Bałam się, że mnie zironizują, pomyślą sobie – co ona odwala. A okazało się, że im szczerzej, weselej się zachowuję, tym bardziej się cieszą i są aktywne. A co za tym idzie…

♡ Są energiczne, kreatywne, CHĘTNE.

Ja to kocham, naprawdę to kocham. Kiedy wchodzę do maluszków i pytam: ,,A macie ochotę na…?” . Jak Boga kocham, nigdy nie usłyszałam ,,nieeee, spier…” (wiadomo, że raczej nie usłyszę akurat tego od maluszków, ale zawsze mogłyby mnie olać po swojemu). One zawsze będą chciały zabaw. I głośno o tym powiedzą. Wzrusza mnie to.
Pamiętam takie ćwiczenie, chyba z improwizacji, gdzie zadaniem było odpowiadać na każde pytanie ,,tak”. Dzieci mi tę grę przypominają.

♡ Takie to rozgadane.

Moja ulubiona grupa, to 4-6 lat. Kiedy już coś rozumieją i zaczynają się wdawać w dyskusje. Zapytam o byle głupotę, a tu mam zaraz ocean, cały OCEAN wypowiedzi. Nie nadążam i często tylko mądrze kiwam głową, ale wolę rozumieć, bo bywają to niezwykle inspirujące wypowiedzi. Spowodowane otwartym umysłem, świeżym spojrzeniem, prostą logiką.

♡ Rozbrajające.

To się często wiąże z pkt. 3. Ostatnio, gdy odkurzałam, podeszła dziewczynka, około 4 lat i spytała:

– Co robisz?
– Odkurzam.
– A po co?
– Bo jest brudno.
– To nie ja!
– Ja wiem, ja też nie. Inne dzieci.
– A jak masz na imię?
– Karina, a ty?
– Marysia. A twoja przyjaciółka?
– Moja przyjaciółka?
– Tak. Ta w kawiarni.
– Hahaha – podałam imię koleżanki.
– A jesteś dziewczynką czy panią?

Trochę mnie przytkało, nie wiedziałam co odpowiedzieć. Niby mam 20 lat, ale powiedzieć ,,mów mi pani”, to wydało mi się takie trochę narcystyczne. Mruknęłam, że pół na pół i czmychnęłam szurać gdzieś indziej.

♡ Szczere i spostrzegawcze.

Czasami potrafią tym wnerwić, szczególnie gdy są starsze i powiedzą ci coś jeszcze z premedytacją. Ale na te młodsze nie sposób się obrazić. Mówią po prostu to co widzą i wiedzą, nie potrafią rozróżnić innych barw niż czarny i biały, nie znają jeszcze zasad społecznych. To jest rewelacyjne, bo nie ma wtedy blokad, jednak też nie można zostać na zawsze człowiekiem bez zasad 🙂
Doskonale są w stanie wyczuć ludzi. Ja pamiętam, że mnie zawsze automatycznie odrzucało od ludzi nieszczerych, nie lubiłam ich. Potem straciłam tę umiejętność, jednak prawdopodobnie znów na szczęście ją odzyskałam.

♡ Wrażliwe.

Ogromna wrażliwość. Zniszczy mu się balonik, to zaraz wpadnie w ryk. No ale dla niego to takie cenne, jak dla mnie komórka. Gdyby mi się zniszczyła komórka, wpadłabym również w ryk – i to o wiele większy. Swoją drogą, to również mnie urzeka, jak wielki zachwyt powodują w nich małe i świecące czy kolorowe duperele.

♡ Otwarte.

Bardzo mi się podoba to, że najmłodsze dzieci nie segregują jeszcze ludzi na lepszych i gorszych. Nie myślą o tym kto co ma, jak wygląda, skąd pochodzi, tylko o tym czy jest miły i szczery. Czasem znienacka przytulą się do obcej osoby, zrobią coś szalonego. Nie myślą kategoriami: wolno, nie wolno. Warto się od nich tego uczyć.

♡ Rozkoszne.

No nie da się zaprzeczyć. Większość dziewczynek wprost ocieka lukrem od nadmiaru słodyczy i różu. (- Jakiego chcesz kwiatka? – RÓŻOWEGO!) Pamiętam jedną jubilatkę, która przez całą imprezę łapała mnie za rękę i się co chwilę przytulała. Sama też kiedyś byłam cała różowa, więc z małymi księżniczkami najłatwiej łapię wspólny język.

– Masz piękna spódniczkę, uwielbiam tiul- powiedziałam.
– W domu mam jeszcze czarną.
– A no, ja też. Jaki chcesz tatuaż? Ja mam taki.
– Chcę taki sam.
– A to twoje prezenty?
– Tak. Ale mam już 10 lalek z tej serii.
– Boże, jaki cudny domek dla lalek. O, jaka piękna lalka, no zaraz się popłaczę, jak ja bym taką chciała mieć!- serio, czasami tak się rozpędzam. 😀

♡ Wyciągam podczas spotkań swoje własne wnioski.

Już pomijając ich super pomysłowość, bezpośredniość, ja sama się otwieram, a także uczę elastyczności. Nie można z dziećmi postępować schematycznie. Zawsze się znajdzie takie, które zbije z pantałyku. Albo jakiś chojrak, albo totalny milczek. Energii takiej samej pewnie już nie odzyskam. Ale za to można łatwo zarazić się entuzjazmem i zachwytem.

Nie chcę wyjść na uduchowioną – choć czasem się zdarza, przepraszam, że jest to ode mnie silniejsze – ale momentami, kiedy na nie patrzę, dostrzegam w nich taki przejaw boskości. Najczystszą niewinność i mocno rozwibrowane emocje. Trzeba to naprawdę mocno pielęgnować, bo łatwo zaprzepaścić w sobie całą dziecięcość. Potem nic, tylko wydaje się walizy pieniędzy na odzyskanie tego czegoś u terapeuty. Zresztą, co się będę produkować, teraz na topie jest film ,,7 uczuć” Koterskiego, który doskonale wyczerpał ten temat. Każdy powinien go obejrzeć.
Ale żebym nie przesłodziła samymi superlatywami, to kolejnym razem opowiem wam, co mnie rozeźla (No! Chyba właśnie stworzyłam nowe słowo) w nich najbardziej. Nie tylko w dzieciach. Także w ich rodzicach. Wiadomo, to nie dzieci zazwyczaj są winne wielu swoim zachowaniom, często to ich nawyki wyniesione z domu rodzinnego. Jednak, pozostając póki co przy sympatycznym tonie… co Was najbardziej urzeka w dzieciach? Lub nie urzeka, a rozeźla. Co ostatnio Was rozbawiło? Piiiiszcie 😉