Bez kategorii Z ręką na sercu

11 listopada – przeszłość nad teraźniejszość

Od razu, chciałabym szybko w ramach wstępu podkreślić, że nie jestem antypolska, bardzo lubię mój kraj i uważam, że należy pielęgnować zarówno wartości kulturalne jak i sentymenty. Mając jednak w świadomości, że w zeszłorocznym Marszu Niepodległości wzięła udział masa nazistów, powodując przy tym liczne zamieszki – np. pobicie 15-u protestujących przeciwko nim kobiet… wolałam jednak tak dla pewności zostać w domu. Czy to nie straszne, że święto, które powinno być powodem ogromnej radości, budzi lęk?
Moim zdaniem Święto, które uczyniło nasz naród wolnym (pomyśleć, wolność – jakie to piękne słowo – mogę mówić co myślę, tworzyć, żyć normalnie… przynajmniej teoretycznie) powinno być super roztańczonym, roześmianym dniem. Takim, w którym wszyscy się uwielbiamy, zrzeszamy i doceniamy. Jak na przykład w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego tak nie jest?

Właściwie do końca to nie wiem dlaczego, jaki jest konkretny powód, że w Polsce zazwyczaj stawia się na napompowany patetyzm i powagę. Zakładam, że jednym z głównych powodów jest słaby dystans do siebie i zbyt silne utożsamianie siebie z przynależnością narodową. A przecież nie rodzimy się ani Polakami, ani Niemcami, ani Anglikami. Rodzimy się po prostu ludźmi, nawet w genach mamy wymieszane różne narodowości. Dopiero wraz z narodzinami dołączamy do którejś wspólnoty.

Jako ludzie lubimy się określać, przyklejać sobie etykietki, przynależeć gdzieś tak po prostu dla swojego bezpieczeństwa emocjonalnego. Nie jest to złe, powiedziałabym, że raczej naturalne. Jak wyglądałoby społeczeństwo, gdybyśmy się do nikogo nie przywiązywali (mam na myśli zdrowe relacje, nie uzależnienie), nie interesowali się, nie przykładali wagi do żadnych rzeczy, o nic nie walczyli? Trochę kojarzy się z depresją, co nie? Uważam budowanie swojej tożsamości za część ogólnego rozwoju człowieka. Jednak, o ile robimy to z pozytywną intencją, szczerze i nie uzależniamy się od swoich definicji. Ilu ludzi chodzi do Kościoła dla spokoju lub na pokaz, a ilu tak naprawdę czuje obecność Boga? To da się w sumie łatwo rozpoznać. Bóg nie rodzi lęku, tylko miłość. Nie ma tu miejsca na zazdrość, pychę, egoizm, strach i agresję. Tak samo jest z miłością do ojczyzny. Gdy się popada w skrajność, znika gdzieś po drodze tolerancja i akceptacja, za to tworzą się absurdalne wizje i pomysły, które się w głowie nie mieszczą. Czy ktoś serio myśli, że ci szukający zwady, naparzający się nawzajem i opluwających tych, którzy myślą inaczej, ludzie z pałami w rękach oraz rozszalałym obłędem w oczach, są caluścy od stóp po głowy wypełnieni miłością do swojej ukochanej Matki Ojczyzny (a przy tym oczywiście i do Matki Natury, i niedługo zbiorą się, by kandydować na Misterów Pl)?


Zapewne, przywiązanie nasze polskie jest zbudowane na wielu cegiełkach. Wg historyków, właściwie już czasy Sarmatów – jak nie wcześniejsze – są podstawą naszej obecnej mentalności. Bardzo możliwe. Nie byli oni w końcu dla nas najlepszą kolebką – próżni, egoistyczni ludzie niezbyt lubiący wysiłek umysłowy, ceniący za to dobrą zabawę i hołubiący władzę. Romantyzm, który szczególnie długo się zakorzeniał w naszej historii, również coś dodał od siebie. Lekko niepokojący jest fakt, iż w szkołach nadal, niemal propagandowo, romantyzm jest pokazywany jedynie od pozytywnej strony, za to o minusach rzadko się wspomina.
U nas to są jakieś takie dziwne skłonności do pielęgnowania czy to porażek, czy bolesnych chwil, przeżywania na nowo wszelkich tragedii, rzecz jasna, z martyrologią w tle. Mam wrażenie, że jednymi z ulubionych tematów Polaków na książki i filmy to tematy wojenne. A mnie wojna obrzydza. Naprawdę obrzydza i nic nie mogę na to poradzić. Owszem, jednocześnie ciekawi mnie, jednak bardziej aspekt psychologiczny. Zaś w całokształcie… nie rozumiem zajawki na wojnę. Ludzi, których ekscytuje widok pokazów rekonstrukcji maszyn, artylerii. Ludzi robiących sobie wprost rewelacyjną atrakcję z przejechania się czołgiem i zrobienia sobie selfie w czasie pokazów z placu bitwy. Mnie to wszystko poważnie przeraża. I zazwyczaj uciekam z takich miejsc jak najszybciej. Pewnie gdybym się miała przejechać czołgiem, zebrałoby mi się na płacz. Budowanie swojej tożsamości na negatywnych wydarzeniach nie może być dobre. Co tu dużo mówić, wypełnianie się trwogą, negatywnymi emocjami, z reguły prowadzi do czystej destrukcji.
Owszem, uczczenie ofiar, bohaterów i pamięć o tym co było, jest naprawdę ważne. Bycie dumnym z naszych dziadków, ich dokonania nierzadko budzą ogromny podziw. Temu wszystkiemu z pewnością należy się szacunek i godność. Szczególnie w taki dzień jak 11 listopada. Jednak zachowanie równowagi też jest ważne, by się w tym wszystkim nie utopić i nie budować przez cały rok pomników za pomnikami, robić pochodów, śpiewać smutnych pieśni, pogrążając się w nieskończonym romantycznym męczennictwie.