Bez kategorii

Jaki szef, taka praca – pracownik NIE jest maszyną

Uśmiechnięci ludzie Danii, dostrzegając z roku na rok spadek uśmiechniętych zachowań wśród uczniów, prędko wprowadzili empatię do programu nauczania. W efekcie, dzieci uczą się raz w tygodniu o jej zagadnieniach. Nie mieszkam w Danii i raczej mnie tam nie niesie w najbliższym czasie, więc nie umiem powiedzieć czy to się sprawdza, czy nie. Całkiem niedawno jednak zastanawiałam się, co by było… i czy w ogóle by było, gdyby do szkół wprowadzono przedmiot właśnie tego typu. Ostatecznie doszłam do wniosku, że na spektakularność efektów średnie szanse. To znaczy, nie niemożliwe. W każdym razie, na pewno nie byłoby to żadną gwarancją, lecz raczej nadzieją, dodatkiem.

Nic mi nie wiadomo, by w polskich szkołach bezpośrednio uczono empatii, ale na pewno mamy religię i etykę. Z etyką nie miałam wcale do czynienia, z kolei jeśli chodzi o religię… rezultaty bywają różne. Wiecie, jeśli nauczyciel jest pasjonatą, człowiekiem, który naprawdę wierzy w to co mówi, nie działa na zasadzie groźby i kary, i stara się dawać dobry przykład, może dokonać swoim podejściem naprawdę wiele dobrego. Nawet u dzieci tzw. trudnych. Jeśli jednak szerzyciel prowadzi lekcje mamrocząc coś tam, coś tam pod nosem, nie ma co się dziwić, że dzieci mają to gdzieś i po wypluciu na resztce sił wszystkich modlitw i regułek, właściwie to całkiem chętnie, a nawet ochoczo przyrżną koledze z klasy obok – tak dla regeneracji.

Ja nie wierzę w formułki. Nie wierzę w to, że jakieś jałowe teksty kiedykolwiek komukolwiek pomogły i mają szansę pomóc uformować człowieka o gołębim sercu. W niczym nie pomogą napompowane frazesy, niczym bicepsy rdzennych mieszkańców siłowni. Długie, moralne pogadanki również mogą bardziej zaszkodzić (i zirytować) niż uskrzydlić, kiedy nie widać wzoru postępowania w praktyce albo co gorsza – widać, ale tylko jego zaprzeczenie. Wpadłam ostatnio na wywiad z Anną Szulc, nauczycielką matematyki w liceum i pomysłodawczynią Konferencji ,,Empatyczna Edukacja => Empatyczna Polska.”

Szukanie superlatyw w uczniach, wzajemne zaufanie, wsparcie, otwarta komunikacja, czyli narzędzia, którymi nauczycielka się posługuje podczas zajęć. Mnie bardzo się podoba pomysł i cieszę się, że ta metoda nauczania jest coraz bardziej popularna i propagowana. Wiem bowiem z własnego doświadczenia, jak prędko może spaść wiara w siebie i poczucie własnej wartości, gdy ktoś po nas depcze jak turyści po Krupówkach. Nigdy nie byłam dobra z matematyki, a kiedy miałam jeszcze do kompletu nauczyciela, który mnie dobijał, w kółko wytykając mi błędy, zaskakujące, ale nie doznałam żadnego wzrostu intelektualnego. Doznałam za to bólów brzucha – one to rozkwitły ochoczo, niczym pąki białych róż na wiosnę. Stresowałam się i pojawiały mi się myśli, że musi być ze mną już bardzo źle, bo jak może być dobrze, skoro nic nigdy nie ogarniam na lekcjach.

Ostatecznie, po maturze wyszło na to, że mogłam wcale nie chodzić na lekcje, bo cała wiedza wynikła z zajęć dodatkowych i ćwiczeń z pomocą YT.

Bywali też lepsi nauczyciele matematyki w moim życiu. Niektórzy trochę mi pomogli. Moje trudności nigdy się nie kończyły. Jednak, to, że ciężko dobić się do mojego zamkniętego na liczby umysłu, to już nie ich wina. Starali się, ja to doceniałam i chciało mi się próbować, a po wszystkim zapamiętałam intencje.
Owszem, są rozpowszechnione techniki rozluźniania. Jest pełno sloganów, że mamy kontrolę nad swoim myśleniem, nikt inny nie ma wpływu na nasz nastrój, jesteśmy panami swojej głowy. Tylko, że nie każdy o tym wie, a jak wie, to może nie wiedzieć jak stosować w praktyce, nie każdy jest bohaterem couch’ingu w swoim domu.

Od kiedy mieszam w Warszawie, podejmowałam pracę w różnych miejscach . Oj tam, mało powiedziane. Ja się rzucałam, jak szczerbaty na suchary, na każde ogłoszenie pracy, jakie mi się wyświetliło. Hostessa? Aaaa, super, super. Kasjerka w Carrefourze? O matko, rewelacja. Bileter, ratownik, barista – fantastycznie, tooo będzie przygoda. Miałam jakąś ogromną potrzebę spróbować pobyć choć przez parę dni w jakiejś pracy, o której wcześniej gdzieś słyszałam. Nie wiem, może to normalne po przybyciu z małego miasteczka do wielkiego. Tak jak wiecie, dziecko, które nigdy na oczy słodyczy nie widziało i się je posadzi w fabryce Wedla mówiąc: JEDZ WSZYSTKO CO CHCESZ. No to ja tak siebie posadziłam przed stroną z ogłoszeniami o pracy. Niemal się udławiłam swoją zachłannością.


W każdym razie wracając do sedna, miałam przyjemność (i nieprzyjemność, a jakże) popracować pod pieczą przeróżnych ludzi. I powiem wam coś – na pewno w końcu ustaliłam sobie zasadę: pracuję tylko tam, gdzie istnieje szacunek.

Taki pracownik kina, kawiarni, sieciówek nie zarabia wiele, a zazwyczaj musi działać na najwyższych obrotach. Oczywiście to też zależy od typu lokalu i lokalizacji. Ja nie przeżyłam na szczęście nigdzie jakiejś katorgi i na ogół odnajdywałam choć odrobinę przyjemności w tym, co robiłam. Mimo wszystko, nie wiem czy spędziłabym całe wakacje w Green Caffè Nero, gdyby nie towarzystwo fajnego, życzliwego, współgrającego zespołu i świetnej kierowniczki. Pierwsze dni były dla mnie czarną magią, a latałam tam jak na skrzydłach.

Nie zawsze bywa tak kolorowo. Zdarzali mi się również bonzowie, którzy byli snobistyczni, wredni i złośliwi. Szef może objawiać bardzo podobne zachowania do toksycznego przyjaciela. Pogłaszcze, pogłaszcze, a zaraz z zaskoczenia (przecież w ramach szkolenia) potraktuje z pięści. Wcześniej sądziłam, że to coś ze mną jest nie tak. Analizowałam każdy swój ruch. Teraz mam świadomość, jak powinno wyglądać podejście szefa i atmosfera w pracy. Nie chcę pracować nigdzie, gdzie będę czuła się tak, jakbym miała się zaraz udusić. Nigdy nie stanę się produktywna w miejscu, w którym ciągle patrzy mi się na ręce i słyszę same karcące, negatywne uwagi.

A żeby pracownik czuł się dobrze, wystarczy zastosować empatię wg Golemana – serca. Są to uczucia bliskie domownikom, jednak w tym przypadku chodzi o wsparcie i troszczenie się o bezpieczną atmosferę przez nauczyciela czy szefa. Obdarzenie zaufaniem, sympatią, czyli to, nad czym pracuje p. Anna Szulc.

Między wymaganiem a arogancją nie stawia się znaku równości. Tak jak szczerość i tupet, balansują na cienkiej granicy. Nie chodzi mi w tym wszystkim o współodczuwanie i płakanie wraz z uczniem czy pracownikiem. Byłoby to nieprofesjonalne. Chodzi o empatię kognitywną, czyli umiejętność wejścia w czyjeś buty i chęć zrozumienia czyjejś rzeczywistości.
Naprawdę, nie każdy o tym wie, ale można wymagać, będąc miłym. To, zgodnie z efektem Pigmaliona (samospełniająca się przepowiednia), motywuje do działania. Rejestrowanie walorów, dobrych chęci, dobrych działań. Nikt nie lubi wykonywać działań bezcelowych. Jeśli i tak idzie mi beznadziejnie, po co mam się starać? Dlatego świetnie również działają podwyżki, awanse i dodatkowe szkolenia w pracy. Panuje wówczas ciągła motywacja, by być lepszym, szansa na ciągłość rozwoju. Wzrasta się dzięki dobrym słowom.