Bez kategorii Swawolnie

A wyśmieję tego Janusza!

Nie lubię kłamać i lukrować rzeczywistości – mam wręcz obrzydzenie do lukru. Dlatego napiszę ten post prosto z mostu. Nie wiem czy się to spodoba, czy nie spodoba, ale cenię szczerość. Nie ogarniam ludzi, którzy zawsze się radują, którym zawsze się chce, zawsze na wszystko znajdują sposób i czas. Jak mają jakiś dół, to wchodzą do niego z ogromnym uśmiechem i werwą, a po godzinie w taki sam sposób z niego wyfruwają. To znaczy, podziwiam ich i ciągle się zastanawiam, jak osiągnąć taki stan. Niestety, jeszcze tego nie osiągnęłam. I chyba się zmęczyłam. Optymistyczna, a przede wszystkim znudzona, załatwiłam sobie trzy wakacyjne prace. Cieszyłam się, bo zagospodarowałam sobie czas. Potem dopiero się wnerwiłam, gdy zobaczyłam, że zostały mi 3 wolne dni przed szkołą. Rzuciłam się z motyką na słońce. Codziennie chodzę z jednej do drugiej. I w pierony poszły moje plany o codziennym rozciąganiu, medytacji, jodze, nauce języków, czytaniu tomików wierszy, nie mówiąc o zdrowej diecie, którą codziennie rozpoczynam od jutra lub ostatecznie od poniedziałku. Zaczynałam, czując na plecach tchnienie wiatru, a teraz czuję rosnącego Janusza w sercu. W sensie, że mam ochotę tak sobie czasem burknąć do ludzi. Ale nie, ostatecznie w pracy nie burczę, kończy się na chęciach. W moim przypadku objawia się to mechanicznym uśmiechem ekspedientki, za którym nie przepadam, ale dobrze, że w ogóle jest, byłoby gorzej, gdyby nawet taki znikł. 🙂
Typowa kobieta. Sama nie wie czego chce. I tak, wiem, że inni mają gorzej i cieszę się , że w ogóle mam pracę. W dodatku bardzo lubię te moje fuchy. No może jako ratownik się nudzę, ale robienie ludziom kawy sprawia mi niewątpliwą frajdę.
Irytuję się tylko, bo jako ten spec od planowania oczywiście nie przewidziałam oczywistego – że w sumie chciałoby się jeszcze odetchnąć wolnym czasem. Nie wspominając już o moim napaćkanym kalendarzu i wrodzonych zdolnościach kojarzenia faktów (i koncentracji, szybkości, produktywności….). Już parę razy się zapomniałam i na przykład umówiłam na spotkanie po nocce, po 2 godzinach snu. Innym razem, kiedy wracałam do domu po prawie całej dobie, zasypiając po drodze, na klatce zorientowałam się, że zapomniałam klucza do domu 😀 No ale to już był poważny kryzys i teraz klucz to moja najświętsza świętość, sacrum torebki.

Ale z drugiej strony, nie dziwcie się temu Januszowi w mym sercu. Ostatnio zatrzymałam się i stanęłam na chodniku, próbując odczytać coś z mapy. Sfokusowałam się zadaniowo (jak to się nowocześnie mówi) i prawie dostałam zawału, gdy usłyszałam zza pleców rubaszne ,,HEJ FOCZKA!”. No ja cież pierdzielę. Odwróciłam się. Lekko ciemnoskóry mężczyzna zaczął mówić, że prosi o pomoc, a ja kulturalnie odparłam: ,,Co jest!?”. Spytał czy mu nie wskażę drogi na autobus. No to wskazałam. A on nagle, niczym święty Mikołaj, wyciąga torbę i na wciska mi cudawianki do siatki.

– Masz, tylko chowaj szybko – ja patrzę, a tu perfumy za 200 zł, 300 zł. Na deser zegarek za 2000. W pierwszej chwili pomyślałam: ,,Super, trafiłam pewnie na sprzedawcę, który jest tak hojny i wdzięczny za wskazanie drogi” Potem jednak przyszła druga myśl: ,,Jasne, jasne, hojny i wdzięczny ciemnoskóry sprzedawca”. Spytałam:
– Ale co to jest?
– Nie znasz? No Coco Chanel, Rihanna…
– Skąd to?
– Z Sephory. Nie potrzebne mi. Muszę tylko jechać do Budapesztu. Sypnij mi trochę grosza i będziemy kwita.
– Nie mam pieniędzy.
– Jak to? Masz! Nie chcę dużo.
– 20 zł będzie ok?
– Nieee… niee…. A bankomat?
– Nie chcę tych perfum.
– Chcesz! Zobacz, Sephora, Coco Channel, zegarek, super.
– Nie chcę!
– Tak, chcesz! Czemu nie?
– BO JA naturalnie ładnie pachnę. Może ktoś inny będzie chciał.

Wytrzepałam i uciekłam. Jeszcze by mnie policja śledziła. Wcisnąłby mi chybcikiem jakieś chipy do tych perfum czy coś. Poza tym, z tą ,,hej foczka” to przegiął (uwaga, zaraz rozpędzi się fala hejtu). Rozbestwiają mnie takie seksistowskie odzywki i zaczepki, których jest pełno na ulicy. Oni myślą, że co? Że za ,,hej foczka” rzucę im się w ramiona? Nie znoszę tego, gdy się normalnie ubiorę, bez ekstrawagancji, a nie daj Boże, z ekstrawagancją i jakieś Kazie, Janusze mi gwiżdżą na rogach. Albo co najmniej się gapią tak, że mam wrażenie, jakbym została mentalnie rozebrana. Dobre wychowanie i zasady grzecznościowe (+bezinteresowne zainteresowanie) są tak rzadkie, że zazwyczaj budzą zdziwienie. Więc na pewno każdy zauważył, jak kultura schodzi do katakumb, ale po co to jeszcze dodatkowo demonstrować?
A wiecie jak mnie raz jeden macho podrywał? Na niedostępnego. :D…… Przecież to takie kobiece, co on się z mamą na podręczniki zamienił? Nie dostrzegłam w tym nawet przebłysku atencji. Odwróciłam się plecami i porzuciłam gościa w zapomnienie. Albo inny – po spotkaniu uznał za stosowne, by się odezwać dopiero po 2 tygodniach, kiedy już zdążyłam usunąć numer. Współczesny podryw, to bez dwóch zdań prawdziwy kunszt.

To nie jest wszystko, co mi działa na nerwy. Irytują mnie roszczeniowe postawy i jakieś takie awanturnicze zapędy. Kiedy mam dni, gdy niesie mnie przez życie takie flow, to cieszę się do kwiatuszka i słoneczka, nic mnie nie rusza. Ale gdy mam te gorsze dni, mam w głowie burzę przekleństw i wszystko mi działa na nerwy. Gdy się spieszę, myślę, że wszyscy robią mi na złość, wlokąc się jak żółwie. Mam ochotę coś roztrzaskać, gdy jest kolejka/kończę zmianę, a tu przyjdzie ktoś i mówi mi, że poprosi frappe bezkofeinowe, na mleku sojowym, a dla koleżanki bez laktozy – tylko byleby szybko, bo ma pociąg za 5 minut. Chcę obciąć łapy ludziom, którzy biorą ze stolika garść cukrów do kawy, bo jest za darmo. Kiedy dam kanapkę ,,głodnemu” mieszkańcowi dworca, a ten ją wyrzuci, bo kanapka to nie to, co szeleści w kieszeni.
Ostatnio stoję sobie w tramwaju, jacyś chłopcy się gnieżdżą przy drzwiach , bo jest tłum. Babcia woła:

– A co wy tak, hultaje, w przejściu stoicie i przeszkadzacie?
– Komu przeszkadzamy?
– Ludziom!
– A co się tak pani czepia tych młodych ludzi? – spytała inna.
– Bo stoją tak i nie dają przejść.
– Ale złośnica z pani.
– Czarownica?!
– Złośnica, powiedziałam.
– HA! BABA JAGA!

Nosiłam się z tym postem jak kura z jajkiem, bo co wyszłam z domu, myślałam sobie: ,,Boże, jak ja narzekam. Wyjdę na zaawansowanego malkontenta.” Potem stwierdziłam, że wieczna radość jest sztuczna i nie ma czegoś takiego. W życiu musi być miejsce też na irytację i znużenie, nie?

W każdym razie, ostatnio znalazłam- takie na kryzys – darmowe zajęcia jogi śmiechu. Od razu wytłumaczę – to taka praktyka (z jogą to ma chyba tyle wspólnego, że się oddycha), polegająca na – zaskoczę – śmiechu. Śmiesznie brzmi, prawda? Wszystkich moich znajomych niesamowicie bawi sama nazwa (widać, skuteczne). Może nie są to tak wymagające zajęcia jak skalpel z Chodakowską, ale dla mnie jest to coś super fajnego. Czasami bowiem odnoszę wrażenie, że mam zbyt rozhulane poczucie humoru. Naprawdę, nie kokietuję i nie przesadzam. Kiedy złapię te moje flow, pojawia się ryzyko, że umrę ze śmiechu (zły nastrój złym nastrojem, ale pośmiać to się pośmieję). I niestety nie każdy to rozumie. I mi się wtedy robi głupio. I się duszę. I podwajam ryzyko wypadku. A na takich zajęciach mogę się wyyyyładoooować ile wlezie, bez wyrzutów sumienia i kontroli. Po pierwszych, czułam się jak młody Bóg. Usłyszałam nawet, że mam predyspozycje na jogina śmiechu!

No i zobaczcie do czego ta złość prowadzi, może będę się chichrać zawodowo .