Bez kategorii Swawolnie Wpisy-slider

Od sztucznego oddychania do kodeksu moralnego muzułmanina

Jestem żywym dowodem na to, że można świetnie połączyć te dwie kwestie. Ale o tym później.

Jakiś czas temu, pełna zapału przystąpiłam do kursu ratownika wodnego. Planowałam nim zostać już od dłuższego czasu, wreszcie trafiła się okazja. Byłam po nocnej zmianie w pracy, nie spodziewałam się, że spędzę 6h na basenie. 3 dni porządnego treningu spowodowały 3 kg mniej i wykwintne zakwasy, które nie opuściły mnie do dnia dzisiejszego. Byłam Bogu wdzięczna, że przed kursem co tydzień chodziłam pływać, bo tak to bym pewnie już nie wstała. Dodając, że musiałam budzić się o mojej ulubionej godzinie 5. Jeśli ktoś z Was zmaga się z chwilowym lub codziennym wstawaniem w okolicach godziny 5:00 rano, wstawiam filmik, który miał być moim pocieszeniem, motywacją. Niekoniecznie nim był, ale nosi w sobie gruby potencjał, ja Wam mówię.

Nie no, poważnie. Gdybym miała możliwość regularnie kłaść się wcześniej spać, chętnie bym go posłuchała.

Ja mam takie dwa małe ,,fatum”. Jedno to spotykanie na każdym kroku wszystkich starych znajomych – choć nie zawsze należy to do szczytu moich marzeń. Zresztą nie tylko znajomych, mam ogólne skłonności do dziwnych spotkań. A drugie to pech, zgodny z powiedzeniem: ,,Gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy.” Ja nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze, kiedy na przykład mam rozmowę o pracę / pierwszy dzień w pracy, przestają jeździć tramwaje. W tym przypadku nie miałam radykalnych spóźnień. Pozostały tylko akcje w stylu: zły pociąg / w odwrotnym kierunku, autobus uciekinier. I gdy któregoś dnia siedziałam sfrustrowana w deszczu na przystanku bez daszku i parasola, niczym zbawienie podjechał jakiś gentleman czarną bryką.
– Podwieźć cię gdzieś? – spytał.
W odruchu ratowania swojej mokrej głowy, w pierwszej sekundzie się poderwałam, ale kurczę. Jego łysa głowa, tatuaże na całych ramionach i wymowne spojrzenie jakoś mnie zahamowało. Nie żebym oceniała po wyglądzie, ale…

– Nie, dziękuję.
– Ok. A chociaż wyjdziesz za mnie?
– Jasne. 🙂
– Nie no, poważnie pytam. Byłem pakerem.
– A. No to świetnie.
– Właśnie nie bardzo. Zostawiłem dla kariery narzeczoną w miasteczku. To co?

Kurczę, przepraszam, że przerwę, ale piszę ten post, w momencie, gdy moja sąsiadka – starsza pani, grzmoci na całego wiertarką i jakąś piłą mechaniczną po ścianie. Uszy mi więdną, mózg puchnie i zamiast się skupić, ,,sfokusować” na treściwej treści, popadam co chwilę w głęboką zadumę, czy Pani ta wymienia meblościankę, czy może jednak zamówiła do domu dentystę bez zahamowań.

I na tym basenie, jak byłam, pływaliśmy w około 12 osób na jednym torze. Wszystkie podwodne wspomnienia zlały mi się w jedną kupę, wynurza się z nich jedynie takie z babcią w różowym czepku. Otóż, babcia w różowym czepku to było wyjątkowo zabawne wydarzenie. Babcia ta postanowiła nam towarzyszyć na tym jednym torze. Ale KONIECZNIE. Podpływaliśmy do niej, grzecznie tłumaczyliśmy, że mamy kurs i fajnie by było, gdyby jednak się przetransportowała na inny, wolny. Patrzyła na nas i płynęła dalej. W związku z totalnym olewnictwem brakiem reakcji, rozpoczęliśmy akcję – wypraszanie nieproszonego gościa z toru. Płynęliśmy rzędem 400 metrów, robiliśmy barykady i różne cuda. A babcia co? Manewrowała między nami, szybciej się odwracała i niezmącona psychicznie, niczym to lustro na wolnym torze – płynęła dalej swoją krajoznawczą żabką (dobra, nic nie mówię, bo akurat moja żabka jest podobnej prędkości, nigdy się z tym stylem nie zaprzyjaźniłam).

Jak się okazało, wcale nie była głuchoniema. Jeden z ratownik podszedł, zaczął z Nią rozmawiać, pokiwała głową i nagle wyszła. (???)
Ja się boję się takich nieprzewidywalnych ludzi. Serio. Kiedy się przemieszczałam obok niej, płynęłam tak dla pewności kraulem ratowniczym. Byliśmy w końcu jeszcze przed kursem pierwszej pomocy i kto by mi pomógł, gdyby niespodziewanie przypierdzieliła mi nogą w łeb, a instruktor się odwrócił, co?

A skoro już napomknęłam o kursie pierwszej pomocy, po egzaminie z pływania, przyszedł czas i na te działania. W trakcie nauki w domu, w przeddzień egzaminu, wspomagałam się filmikami instruktażowymi. Znajdywałam wszystko i wszystko mnie niezwykle interesowało, a nawet jarało. Oglądałam najpierw sztandarowe resuscytacje, potem tonących, później płynnie przeszłam do filmików z resuscytacją wiewiórki (BOŻE, jakaż ona jest SŁODKA):

Resuscytacją gołębia:

 

 

 

 

 

 

Jak to się z gołębiem właściwie odbywa? Usta – usta? Usta – dziub? Dziub – dziub?

I co nieco o zasadach prawidłowego bicia żony.

Po obejrzeniu wszystkich niezbędnych filmików, gdy poczułam falę gotowości, poprosiłam mamę, by się położyła na ziemi.

– Po co?
– Będę cię resuscytować.
– …
– To chociaż Cię położę w bezpiecznej pozycji.

W trakcie układania w bezpiecznej pozycji, niemal nie wykręciłam mamie barku, wobec tego ogromnie się cieszyła, że jednak nie zgodziła się na resuscytację, bo by pewnie już nie żyła.

Wbrew moim obawom, zdałam egzamin. Jestem z siebie dumna, promienieję radością i kiedy przechadzam się ulicą, tylko wypatruję czy wokół nie ma kogoś do uratowania, a złośliwość polega na tym, że nawet żule i menele się pochowały.