Bez kategorii

Empatia – niepotrzebny już gadżet?

Jak możecie się domyślić z tytułu, chciałabym dzisiaj z Wami podyskutować trochę o empatii. Ostatnio jestem bardzo rozbita w tym temacie i nawet ten post piszę już chyba od półtora tygodnia. Ciągle skreślam to, co napiszę, piszę od nowa. Nie mogę się zdecydować, moja opinia jest dość niestabilna.
Moje refleksje, jak mam być szczera, zaczęły się od jednej wielkiej frustracji i niechęci. Potem przyszło zrozumienie, ale takie mimo wszystko nie do końca. A przysłowiowym gwoździem stał się ten post: http://www.szwendalus.pl/nie-kupuje-jedzenia-bezdomnym/.
Jako świeża mieszkanka Warszawy, nauczona, że biednym trzeba dać – ilekroć mnie ktoś prosił o jedzenie, zawsze kupowałam. Na jednej z ulic, którą raz na jakiś czas przechodzę, zawsze, zawsze zaczepia mnie jakiś bezdomny. Za pierwszym razem, kiedy pan powiedział, że zna bar mleczny, zgodziłam się bez wahania. Aa, nawet w sumie się cieszyłam – zaznaczył w końcu, że nie chodzi mu o pieniądze. No nic, że śmierdział alkoholem. Co ja będę oceniać przecież.
Zresztą, nauczyła mnie tego rodzina. Moja mama i babcia mają tak rozbudowaną empatię, że nawet na piwo do wyleczenia kaca dadzą komuś 2 zł. 😀 Ale ja akurat uważam, że to dobry gest. W tych przypadkach, fajna jest uczciwość tych ludzi. Nie mówi: ,,Daj, daj na jedzenie”, kiedy wiadomo, że jak nic, pójdzie kupić flaszkę – tylko z góry uprzedza, że potrzebuje się po prostu napić. I powiem wam, nawet wiele ciekawych sytuacji z tego wynikło oraz łez wzruszenia, szczerej radości. Wtedy to już nawet nie chodzi o te 2 zł, tylko o to, że ktoś się wybił poza schemat, wysłuchał ich i potraktował normalnie. A mama ma teraz prywatną ochronę na dzielni.
No i wiecie, często dość kupowałam jedzenie ludziom ulicy. Aż zaczęłam odpowiadać, że nie mam pieniędzy przy sobie – no bo ile można, w końcu mi samej inni będą musieli zacząć kupować, jeśli wszystko wydam.
Wczoraj jednak, znów miałam poryw dobrego serca i postanowiłam kupić zupę jakiemuś panu. Spytałam, którą by chciał. Miałam na myśli bardziej – niech sobie wybierze – zupa pomidorowa, rosół czy ogórkowa. A ten mi wymienia trzy posiłki plus kefir i na to deser. Kupiłam mu samą zupę, a on się niemal zaczął awanturować. Poczułam się jak totalny tuman. Nie, nie pomagało mi myślenie w stylu – zrobiłam coś dobrego. Wcale nie czułam, że zrobiłam coś dobrego. Tylko głupiego.

Wtedy trafiłam na ten artykuł. Zgadzam się. W tym przypadku, faktycznie tak było. Ci panowie siedzą i żerują. Kiedyś pracowałam w jednym miejscu przy Carrefour Express i widziałam paru starszych facetów, którzy się tam już na stałe ulokowali i co noc wyraźnie naciągali ludzi na torby pełne jedzenia. To jest beznadziejne. My myślimy, że pomagamy, a tak naprawdę pogarszamy sytuację, wzbogacając życie uliczne menela, który może coś z sobą zrobić, ale mu się nie chce.
Później jednak przyszło mi do głowy – przecież nigdy nic nie jest czarno białe. Owszem, jest pełno takich przypadków, kiedy nas ktoś chce naciągnąć. Ale jest też od groma takich, w których po prostu ludziom nie poszło w życiu. Żyją na ulicy, bo im się nie udało. Coś stracili. Zatapiają się w alkoholu, gdyż stracili całą motywację, jakiekolwiek chęci. Tacy ludzie raczej nie przeglądają couchowych magazynów i nie znają rad w stylu: ,,Im gorzej ci jest, tym gorzej ci będzie”. A nikt nie podaje im ręki, bo może stracili tych, którzy mogliby to zrobić.


Miałam raz sytuację, gdy byłam z grupką znajomych i jakiś pan niepierwszej świeżości poprosił nas, czy moglibyśmy mu kupić kawę. Nie zastanawiając się, oczywiście kupiłam. Po czym zostałam objechana przez całą grupę z góry na dół, że po co w ogóle to zrobiłam. Przecież kawa to nie artykuł pierwszej potrzeby.
Wtedy zrobiło mi się głupio. Po chwili jednak pomyślałam sobie, że kurczę… ten pan był miły, miał torby. Może wracał z podróży i idzie do ciężkiej pracy. Może mu tym polepszyłam dzień? Może będzie lepiej pracował? Zadziałałam wówczas mechanicznie. Tak jak miałam wpojone.

I tutaj chcę przejść do sedna tematu. Ja nie wiem czy to są takie dzisiejsze czasy/ Warszawa/ Polska, ale na każdym kroku spotykam się z jakimś takim brakiem empatii. To już nawet nie chodzi o pomoc bezdomnym. Ludzie w ogóle nie mają ochoty na bezinteresowność, nawet najdrobniejszą. Na refleksję nad kimkolwiek innym, nawet Zosią czy Gosią z tej samej grupy. Panuje taki brak zaufania. Nie chcę brzmieć jak Matka Teresa, ale cholera, czy to dużo kosztuje – spytanie kogoś (bez ukrytego, szemranego interesu), jak mu mija dzień, czy dobrze się czuje?
Naprawdę męczę się, obserwując tę wszechobecną powierzchowność. Wszystko ma być takie szybkie, łatwe i dla korzyści. Szybkie obiady, szybkie informacje, szybkie randki, szybkie związki. Nie ma żadnej przyjemności z poznawania innych. Nie ma żadnego zainteresowania drugą osobą. Nie mówię, że zawsze, bo trafiam również na takie promyczki wśród ludzi, których baardzo sobie cenię. Jednak, w największej ilości przypadków, tak to właśnie się odbywa.
Do tego włącza się jakieś takie niedbalstwo, NIESŁOWNOŚĆ. Czy już naprawdę nikt nie może przyjść punktualnie na spotkanie? Czy tak ciężko jest pomyśleć i przyjechać wcześniejszym autobusem? Czy nie można czegoś powiedzieć i tak po prostu dotrzymać słowa? AAAAA… Boli mnie to bardzo.


I hejt, hejt, hejt. Nie lubię tego słowa, więc zamienię na złośliwość. Wystarczy czyjeś minimalne potknięcie i już się rozpędza korowód nienawiści, choć się przed momentem z tą osobą zaśmiewało do łez. A przecież kurczę, każdy popełnia błędy. Każdy błądzi. Wystarczy podstawić sobie słowo: może. Może tak go wychowano. Może czegoś mu w życiu zabrakło. Może się źle czuł. Może się zdenerwował. Bardzo łatwo się zapomina o emocjach drugiej osoby.
Nie chodzi o przymykanie oczu na wszystko, nie o to tu chodzi. Jednak jakikolwiek cień zrozumienia się przydaje, nawet dla naszego spokoju.
Jak napisałam, mnie też daleko do Janiny Ochojskiej. Sama popełniam masę błędów. Mnie też empatia się włącza i wyłącza. Raz się popłaczę, gdy wiatr zawieje, a kolejnym razem się wkurzę na to, że ktoś mnie o coś poprosi (jak śmie – teraz – kiedy się spieszę???). Uważam, że to normalne.
Jednak, wiecie co jest najgorsze? Brak autorefleksji. To mnie właśnie dobija. Kiedy ktoś popełni błąd, a potem za nic, nie da sobie powiedzieć, że to nie było do końca takie, jak być powinno. I będzie się kłócić, a potem wyrzuci z pamięci. Ogólnie brak refleksji, nie tylko tej auto, nie jest fajny. Reflektujmy się. Proszę. 🙂

A co Wy sądzicie? Jak jest u was? Jacy są wasi znajomi? Macie jakieś obserwacje? Dajcie znać w komentarzach, bo może to jednak ja się mylę i już za bardzo pojechałam po społeczeństwie. 😀