Bez kategorii Swawolnie

Mężczyzna mojego życia

Słuchajcie, przed Świętami pomyślałam sobie, że zacznę  już się relaksować. No wiecie, tak dla rozgrzewki. Gdzieś czytałam, że niektórzy nie potrafią prawidłowo wypoczywać i ponoć sami o tym nie wiedzą, więc na wszelki wypadek – jakbym była jedną z nich, postanowiłam odbyć dłuższą praktykę. Pierwsze, co mi wpadło do głowy to basen. Obliczyłam, że przy dobrych wiatrach ostatnio byłam na nim jakieś 10 miesięcy temu, co jest dość przerażającym rachunkiem, biorąc pod uwagę, że za czasów gimnazjum i szkoły sportowej, dochodziło nieraz do 10 godzin tygodniowo. Bardzo lubiłam pływać. A tu nic. Kompletnie nic. Taka wybrakowana się czuję. POMIMO że krótko po przyjeździe do Warszawy zlokalizowałam najbliższą pływalnię i mniej więcej wiedziałam gdzie się znajduje.  I nawet już przygotowywałam wyprawę, gdy zorientowałam się o najprawdopodobniej permanentnie zgubionych zatyczkach do uszu. Cierpię bowiem na przykrą dolegliwość, zwaną ,,uchem pływaka” . Moje pływanie bez zatyczek to bardzo kiepska sprawa.

W każdym razie, po upływie mniej więcej epoki zwłoki, zmotywowałam się i po dokonaniu zakupu owych zatyczek, zaczęłam się pakować drugi raz. Po chwili zorientowałam się o zgubionych klapkach. To znaczy, nie. Miałam je. Miałam jednego z jednej pary i drugiego z drugiej pary. To gdzie ja z takimi do ludzi?

Po upływie kolejnej epoki, zmotywowałam się (już stara i zwiotczała…) i po dokonaniu zakupu nowych klapek, zaczęłam czekać na kuriera. Minął tydzień. Co chwilę odwiedzałam pobliski sklep, w którym sprzedawca się zgodził na odbieranie moich paczek. Podświadomie zaczęła we mnie narastać irytacja – z pewnego powodu automatycznie tworzą mi się przykre konotacje w głowie, gdy myślę o kurierach.

W końcu nastał ten dzień i dostałam telefon. Akurat siedziałam na przerwie między zajęciami i bardzo chciałam spokojnie sobie zjeść obiad, no ale dobra. Odebrałam i słyszę ukraiński akcent. Wzięłam głęboki wdech. Ja nie jestem z tych, co są niemili i nietolerancyjni, jednak niestety ten akcent zwykle w moim przypadku z góry zwiastuje jakieś problemy/utrudnienia.

– Dzień dobry, mam przesyłkę, pani podała adres sklepu z kosmetykami.
– Zgadza się.
– Mówią, że nie.
– Co nie?
– Nie przyjmą.
– Jak to nie? Sprzedawca powiedział, że nie przyjmie?
– Nie.
– Dziwne, przecież zawsze przyjmował.
– Mówi, że nie.
– No dobrze, to nie wiem co w takim razie. Może pan jeszcze raz zapytać?
– Mogę.

Rozłączył się. Po chwili znowu dzwoni:

– Mówi, że nie.
– …. Serio? Pan na pewno jest w tym sklepie?
– Tak.
– To co teraz? Nie ma mnie na miejscu.
– Idę do spożywczego.

Mhm. Podziękowałam, choć pamiętałam, że panie w sklepie spożywczym już w ogóle nie wyraziły zgody na przyjmowanie czegokolwiek. Ale niech chłopak działa, może jemu się uda przekonać – myślę sobie. 10 minut później ponownie dzwoni.
– Zostawiłem w sklepie z kosmetykami.

Okej. Postanowiłam już nie wchodzić w szczegóły. Po szkole poszłam, klapki faktycznie były.

A że to był właśnie ten wspomniany w pierwszej linijce czas, w którym chciałam się zrelaksować przedświątecznie, zaczęłam się pakować 3ci raz. Tym razem już kompletnie. Wyszłam wieczorem, nie zostało dużo czasu, ale byłam bardzo zdeterminowana. Idę, idę, lekko pospiesznym krokiem już widzę budynek na horyzoncie, już witam się z gąską, a tu leży jakiś rozwalony szanowny kloszard na środku chodnika. Nad nim zaś skakał drugi pan, w sędziwym wieku, najprawdopodobniej kumpel z baletów oraz dwóch przypadkowych przechodniów, rozmyślających, niczym nad objawieniem – czy on pijany, czy nie. No co za różnica, pomyślałam. Jak się przewrócił, to się przewrócił, nieistotne czy po kieliszku, czy na trzeźwo. Ważne, że nie wstaje. Aby nie przedłużać, od razu zadzwoniłam na pogotowie, ciągle mając z tyłu głowy, że trzeba to załatwić rachu, ciachu, bo muszę się wyrobić z basenem.

Pani w słuchawce zaczęła robić ze mną wywiad. Odpowiedziałam na podstawowe pytania, po czym zapytała:

– Czy widać, żeby spożywał przedtem alkohol?
– Chyba tak. Tak mi się wydaje.
– Chyba?
– Nie wiem.
– Przecież to pani tam jest, pani wzywa pogotowie i pani powinna wiedzieć.
– Jak sprawdzić?
– Pani podejdzie i się pochyli.
– No podeszłam.
– I co?
– No mówię, ledwo przytomny i coś tam mamrocze.
– A czuć alkohol?
– Nie wiem.
– No proszę pani! – coś tam powiedziała, czego już nie pamiętam, ale wypowiedziała nieco zniecierpliwionym tonem coś wskazującego na to, że się nie wzywa karetki dla ludzi po alkoholu.
– To jeśli ten pan jest po alkoholu, to ma leżeć tu, na środku chodnika dalej?
– Dobra, dobra, już panią przełączam. Tylko pani tam zostanie do czasu przyjazdu karetki.

Cudownie. Przedreptałam wkurzona w miejscu. A basen na horyzoncie. Tylko czeka, by wejść do środka. Zanim karetka przyjechała, podeszło do pana dwóch policjantów i jeden z nich zaczął go spisywać, przepytywać. Przy okazji powiem, tak na marginesie, był niesamowicie przystojny, urodziwy i cudny, po prostu olśniewający. A w stosunku do leżącego pana bardzo uprzejmy (bezinteresownie uprzejmi ludzie na ogół robią na mnie miłe wrażenie).

– A pan powie szczerze, czy pan coś pił przedtem?
– Aaa baaaaa, że piłem! Pewnie mnie teraz macie zaaaa niic…. – mamrotał leżący pan.
– Nie no, każdemu się może zdarzyć. A ile tak mniej więcej pan wypił?
– Bo ja wiem…
– Pół pitra?
– No panie, kurwa! Do pół litra to ja nie siadam.
– Ooo, no niech pan nie przeklina. Tu taka ładna pani stoi, a może mi się podoba?

Mówię, 100% mojego wymarzonego mężczyzny. Nigdy wcześniej mi się żaden policjant nie podobał. Szkoda tylko, że uświadomiłam to sobie z opóźnieniem. Kiedy mnie spytał czy chcę zostać i poczekać na karetkę, lekko przy tym naciskając, iż MOGĘ poczekać… ja, skoncentrowana zadaniowo i głucha na wszelkie sugestie oraz miłe słowa, rzuciłam: ,,właściwie to się spieszę na basen.”. I nie – od razu dodam – to nie była absolutnie żadna kokieteria z mojej strony czy objaw zawstydzenia. To był tylko objaw czystego przytrzymania.

Poszłam więc na ten basen (jeszcze w błogiej nieświadomości popełnionego przed chwilą błędu – utraty możliwości posiadania osobistego bodyguard’a – dotarło to do mnie dopiero podczas pływania). Przypomniałam sobie, że nie mam siatki na buty, bo na poprzednim basenie, po prostu wchodziłam do szatni i gdzieś stawiałam. Pani trochę mnie ochrzaniła, ale pozwoliła postawić poza szatnią, burcząc: ,,nie będziemy za to odpowiadać”. Odpowiedziałam, że przepraszam, że w mojej miejscowości było trochę inaczej.

Za chwilę znowu się zaczęłam gubić, serio mieli jakiś inny układ. Prawie się zderzyłam z barierką na wstępie. Ta sama pani burknęła:

– U pani było inaczej?
Zniecierpliwiona odrzuciłam:
– Bo ja ze wsi jestem. – tak naprawdę w Człuchowie basen prezentował się o wieeeeeleeeee lepiej, ale wiecie, chciałam po prostu świętego spokoju.

I udało się. W odpowiedzi otrzymałam wszystko rozumiejące spojrzenie, może nawet z lekką nutką współczucia. Pani wyszła zza lady i powiedziała już miłym tonem: ,,To ja pani wszystko pokażę”.

Super było móc znowu popływać… Ale zdecydowanie tam nie wrócę. Były 3 tory, z tyłu nogi, z przodu nogi, ciągle na kogoś wpadałam, choć prawdę rzecz biorąc – to wcale takie tłumy nie były. Starałam się lawirować, zawracać w połowie, wyprzedzać, a mimo to, tego miejsca zdawało się być coraz mniej. Autentycznie czułam narastającą we mnie klaustrofobię. Bałam się, że ściany z boku zaczną się zwężać i mnie w ostateczności zgniotą razem z tymi wszystkimi ludźmi do kupy. Wyszłam deńko zestresowana (w dodatku już świadoma popełnionego wcześniej błędu, ) wciąż nie czując się wystarczająco przygotowana na Święta.

No nic. Carrefour był jeszcze czynny, to pomyślałam – a chociaż kupię składniki na ciasto, to upiekę dziadkom. Poszłam, a w kolejce… właściwie, w kolejkach, stanęłam za jakąś babcią. Wózkiem stała przy jednej kolejce, tyłkiem przy drugiej. Jak w jakiejś kreskówce animowanej – gdzie próbowałam położyć produkt na taśmie, ona się w tę stronę przesuwała. W końcu spytałam:

– Przepraszam, w której kolejce pani stoi?
– Przy tej, przy której będę pierwsza. Bo byłam przed panią.

A ciasto… jak to moje ciasto, tu nawet nie ma co się rozwodzić nad tym tematem. Oczywiście nie wyszło. Mimo, że próbowałam je wyratować, usilnie piekąc przez 2 godziny, wyszło coś na kształt lava cake, ale w takiej bardziej surowej wersji. Nie mam pojęcia co spieprzyłam. Natomiast dodam, że aż takim beztalenciem nie jestem – może miałam kolejny zły dzień. U babci zabrałam się za pierwszego mazurka w życiu i wyszedł świetny, perfekcyjny, nikt by się nie domyślił, że to ja robiłam. No może prócz tego wyglądu, o który zadbałam dobitnie.

Basen się spieprzył, ciasto się spieprzyło. To pewnie kara za bezmyślne przepuszczenie mężczyzny swojego życia. Potem jeszcze myślałam, czy mogłabym naprawić jakoś swój błąd, ale jedyne co przyszło mi do głowy, to położyć się w tym samym miejscu na chodniku.