Bez kategorii

Grunt to spokój…

Za oknem wiosna jak nic rozpoczyna swoje działania, to i ja – nie chcąc przypadkiem zostać w tyle, również postanowiłam podjąć jakieś działania w stylu… odświeżania zdrowia. W końcu, skoro oba kolana chyba już ostatecznie zostały zreperowane (dobrze, że to tylko dwa jedyne kolana; na szczęście nie jestem jakąś dziką stonogą), to przyszedł czas na uzdrawianie zapomnianej reszty organizmu. Mówi się, że najlepiej dbać o siebie od wewnątrz – to chwyciłam za gary. Może i jakąś nadzwyczajną kucharką nie jestem, ale uwielbiam, wprost uwielbiam swoje godzinne kombinowanie jak koń pod górę i szamotanie z pokręconymi, szalenie zdrowymi przepisami. Budyń jaglany:

A kasze to się stały ostatnio moimi najlepszymi przyjaciółkami. Ludzie, którzy są chorzy na punkcie piasku, który po wizycie na plaży, zalega WSZĘDZIE, dostaliby w mojej kuchni zawału, wygrzebując mikroskopijne ziarenka kaszy manny/jaglanej/jakiejkolwiek z zakamarków. (Serio, czasami nie mam pojęcia jak się w niektórych miejscach w ogóle znajdują. To trochę jak z tymi muszkami owocówkami – nikt nie widzi jak wlatują, a gdy dojdzie co do czego, nagle wylatuje cała familia.)

Drugi pomysł na pielęgnowanie zdrowotności, przyszedł mi do głowy wraz z wydarzeniem na Facebook’u odnośnie zajęć jogi i medytacji w Łazienkach Królewskich. Ja wiem, że może i moje kolano nie dojrzało jeszcze w pełni do takich wygibasów, ale mnie takie rzeczy tak bardzo rajcują! Uznałam, że mogłabym w takim razie tylko medytować albo chociaż pooglądać innych z boku.
Zerwałam się więc w sobotę skoro świt i podekscytowana poszłam na autobus. Sprzyjała piękna pogoda. Idealna na dłuuuuuuuuugie… poszukiwania miejsca wspomnianego wydarzenia. Co jak co, jeszcze niestety na tyle nie ogarniam Łazienek Królewskich. W efekcie, dotarłam jakieś 10 minut po czasie i pocałowałam klamkę. Tzn. furtkę. Tzn. jakąś bramkę z kłódką, za którą była jakaś chatka. Wkurzyłam się, że nie przewidziałam takiej sytuacji i nie podarowałam sobie więcej zapasowego czasu.
Pozostało mi poczekać na drugą sesję, usiadłam więc na widowni amfiteatru próbując się zadowolić towarzystwem jakichś ziomków.

No nie zadowoliłam. Ja nie wiem, chyba jacyś tępi. Ani nie zagadali, ani nie zaczepili. Tylko tak siedzieli i głupio patrzyli, jak takie posągi. Nie było żadnego flow pomiędzy nami, toteż szybko się znudziłam i uznałam, że czas wziąć sprawy we własne ręce i najzwyczajniej w świecie wprosić się do tej chatki.
Nie wiem ile czasu mi to zajęło, ale nagimnastykowałam się przy tej bramce jak ta lala. A gdy wisiałam w połowie, dostrzegłam strażnika, idącego w moją stronę i dopiero wtedy uzmysłowiłam sobie, jak cudownie muszę wyglądać z boku. Idiotycznie, a na dodatek, na logikę biorąc, mogłam się okazać idealnym kąskiem dla jakiegoś znudzonego, niemiłego strażnika.
Ten na szczęście okazał się człowiekiem bardzo empatycznym i po wysłuchaniu mojej przykrej historii, pomógł mi przedrzeć się do końca na drugą stronę. Za moment jednak, pomagał mi przedzierać się z powrotem, bo w chatce ostatecznie nikogo nie było……….. I chyba nie muszę tutaj tłumaczyć, że poczułam się poważnie wykiwana i oszukana. Już nigdy nie zaufam wydarzeniom na Facebook’u. Jedyne co mi pozostało z tych wzniosłych planów, to spacer dookoła jeziora i powrót do domu. Tyle dobrze, że ładnie było:

Po powrocie do domu, zabrałam się za kilkugodzinne pucowanie domu, a gdy zgłodniałam, pomyślałam, że może przynajmniej zrobię sobie risotto. No wiecie, taka forma pocieszenia po tej niedoszłej porannej jodze.
Nigdy wcześniej nie gotowałam risotto, ale mama mi pokazywała. Miałam nawet jakieś notatki. Czemu by miało nie wyjść? Usmażyłam kurczaka i zadowolona, że nie przypaliłam ani jednego kawałka, zabrałam się za ryż. Szło idealnie. Dobra, okej, najpierw to chyba miałam risotto wrzucić na patelnię, a nie cebulę, ale dobra. Niech sobie będzie przyrumieniona, przeżyję.
W międzyczasie włączyłam sobie radio i zaczęłam słuchać audycji o jakimś spacemanie. Fascynujący wywiad. Totalnie się wciągnęłam. Nagle zauważyłam, że ten ryż się robi czarny. No kurde, co znowu zrobiłam nie tak?….
Ach, no tak. Genialnie zapomniałam o tym, że ryż się generalnie gotuje, a nie smaży. Na śmierć zapomniałam o zalewie. Zanim jednak ten fakt do mnie dotarł, przez jakiś czas stałam w bezruchu i się tępo oburzałam na ten Bogu ducha winny ryż – jak on śmie się w ogóle przypalać. Dziwiłam się czemu, do jasnej ciasnej, nie chce się to ustrojstwo ugotować. ,,Risotto!” – myślałam – ,,Z nazwy taki dostojny, a tak naprawdę czysty imbecyl”……….. Dobra. Nie pytajcie o monologi, które się wówczas narodziły w mojej przytrzymanej głowie, bo aż mi głupio. W każdym razie wściekłam się niesamowicie, z impetem wyrzuciłam tę spaloną porcję i uśmiechnęłam się do mojego niespalonego kurczaka.

Tego wieczora wybierałam się do kina. Zostało jeszcze jednak trochę czasu przed wyjściem, pomyślałam więc, że upiekę tę skitraną na czarną godzinę ciecierzycę (swoją drogą polecam, pieczona ciecierzyca smakuje jak orzeszki). A przy okazji chciałam skorzystać z nowego pieca. Ogólnie, nie bardzo lubię używać po raz pierwszy nowych sprzętów RTV/AGD. Zawsze wstępuje we mnie bliżej nieopisany lęk, jakiś rodzaj fobii, że coś popsuję i spalę. Ale pomyślałam: ,,A! Rozgryzę cię, cwaniaku!”. I ostatecznie rozgryzłam, lecz nie tego wieczoru. Nie było mi to najwidoczniej pisane. Albo taki dzień pechowy. Czy to ja taka łamaga. Nie? To wyobraźcie sobie, na ile zgrabne i kontrolowane musiały być moje ruchy w przypływie kolejnej chwilowej refleksji, że połowa zawartości puszki wylądowała w kawie. EEEE. Tak. W kawie. Ludzie się czasem śmieją, że czego to weganie i wegetarianie nie wymyślą z roślin, kasz… no i w sumie ja też niczego sobie – jestem bardzo otwarta na różnorakie eksperymenty. Ale to to już była przesada. W życiu bym nie pomyślała, aby namaczać ciecierzycę w kawie. Przerosło mnie to. Nie, nie będę kłamać, padło parę bluzg.
Wkurzyłam się, szybko ubrałam kurtkę i poleciałam do Biedronki.

W Biedronce spojrzałam na zegarek.

Ach, przecież chciałam iść do kina.

W takim razie, nie wracałam już do domu, tylko z rozpędu pobiegłam (na swój kulawy sposób) na tramwaj. Biegłam tak, że mi się legginsy podarły. Aż łzy stanęły w oczach. Ale nic, twardym trzeba być, nie miękkim. Zdążyłam. Dacie wiarę, że wyszłam ze sklepu 5 minut przed rozpoczęciem seansu, a dotarłam na reklamy?
Ogólnie film mi się podobał, fajnie było. Pomijając tylko pewną babcię, która niespodziewanie rozpoczęła swój własny, osobisty spektakl.
Nooo booo…. ja tu wytężam oczy i uszy, aż nagle ten babiszon wyławia z torby jakieś precyzyjnie ofoliowane ciasteczka i mało tego, że najwyraźniej z ciężkim trudem przychodzi jej rozpakowanie ich (robi to z 10 minut), to jeszcze przy tym siedzi taka rozwalona, zrelaksowana i szeleści na całego – bez absolutnie żadnego cienia krępacji. I drzeee, i przedzieeera, i maca, i szasta, i prasta. Czekałam aż zacznie je odpakowywać zębami. A kiedy w końcu jej się udało otworzyć (dzięki Ci, Boże), do końca filmu słyszałam z drugiego końca rzędu ciamkanie i chrupanie.
Wielka szkoda, że nie miałam tej jogi i medytacji rano.

W drodze powrotnej byłam co prawda już dosyć zmęczona tymże cudownym dniem, jednak kiedy zobaczyłam przez okno osiedlowej restauracji, że za barem rezyduje mój ulubiony Pan barman, nie mogłam się oprzeć i wpadłam na jajecznicę. Usiadłam, przywitałam się. Nawet dostałam wino gratis do tej jajecznicy Akurat towarzystwo wokół było baaardzo pobudzone i rozentuzjazmowane, to sobie ucięłam parę pogawędek z różnymi ludźmi.
Raptem, podszedł do mnie jakiś koleś, spytał, czemu przyszłam tutaj sama – i to jeszcze po 00:00 na jajecznicę – po czym postawił mi kolejny kieliszek wina i… poszedł sobie. Ja właściwie, ostatnimi czasy, bardzo rzadko spożywam alkohol. W efekcie, stałam się niezwykle ekonomiczna jeśli o to chodzi i takie dwa kieliszki wina wypite po 00:00 nieźle mi dają popalić.

W końcu, kiedy się zebrałam w sobie i postanowiłam już ostatecznie wrócić do domu, koleś od wina podbiegł do mnie drugi raz i zaoferował się, że mnie odwiezie do domu.
– Ale paaaanie, mieszkam tu, niedaleko.
– A to chociaż odprowadzę?

Nooo dobra, to już nic nie odpowiedziałam, bo mnie zaraz zagadał. Przy moim bloku przystanął, ja z kolei szybko powiedziałam: ,,no to dzięki, cześć” i na prędkości weszłam do budynku. Bladego pojęcia nie miałam po co mu było mnie odprowadzać. Dopiero rano tak sobie pomyślałam na trzeźwo, że to chyba logiczne, czego mógł ode mnie chcieć. Z pewnością wyobrażał sobie przynajmniej, że go poczęstuję herbatą. Trochę się chyba nie zrozumieliśmy… Tak sobie myślę… ten pan się tak starał, a ja mu tak ostentacyjnie zamknęłam drzwi przed nosem… Trochę tak niemiło z mojej… NO CÓŻ, TRZEBA BYŁO MNIE NIE POIĆ WINEM.