Bez kategorii

Sierota w szpitalu

Niedługo będę miała artroskopię, w związku z czym przedwczoraj podjechałam do szpitala, by zrobić badania przedoperacyjne. Nie spałam całą noc, ciągle się tylko tak przewracałam z boku na bok. Nie żebym się tym stresowała. Po prostu przez święta mój zegar biologiczny postanowił wyemancypować się i rozpocząć żyć swoim własnym życiem.
A że musiałam się stawić wcześnie i miałam 50 km, dodatkowo wstałam w nocy. Miałam taki plan, aby po załatwieniu wszystkiego, ok. 10 wsiąść do pociągu i pojechać do Warszawy.
A gdzie tam, jasne, że nie wypaliło. Tak to z tymi planami jest – nie są przecież od tego, by tak po prostu wypalały. Okazało się bowiem, iż lekarze mają wolne przeniesione z sobotniego Święta Trzech Króli. Fakt. Nie pomyślałam, że z jakiegoś powodu ja sama również mam wolne.
Wróciliśmy, a następnego dnia apiać od nowa to samo, łącznie z brakiem snu w nocy. Kiedy dotarliśmy, pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to zdecydowana różnica między dniem przedwczorajszym a wczorajszym. Przedwczoraj wiało na korytarzach wesołymi pustkami, zaś wczoraj kolejki wydawały się nie mieć końca. No a ja znalazłam się na tych najdalszych końcach końców, które się jeszcze bardziej wydłużały przez kolejne godziny – jeśli wiecie co mam na myśli.
A kiedy tylko zaczęłam się witać z gąską – widząc koniec tych końców, przyszedł lekarz w towarzystwie ciężarnych kobiet z oddziału. Spryciule – w ciąży, to miały pierwszeństwo.
Wreszcie po ok. 2h przysypiania na siedząco (kurczę, żeby tam było cicho i spokojnie, to może chociaż bym sobie prawidłowo nadrobiła ten brak snu), zobaczyłam, że pani, za którą byłam, ustawiła się już przy drzwiach. No to ja szybciutko ustawiam się za nią. Nagle słyszę z boku pertraktacje jakieś pana:

– To teraz pani wchodzi, tak? – zwrócił się do staruszki. – Potem ja, potem ten pan, potem tamten pan…..
– Zaraz, zaraz – przerwałam ten beztroski tok wypowiedzi. – Przecież pan wszedł do sekretariatu po mnie, więc jakim cudem jest teraz przede mną?
– Nie wiem jakim, ale jestem za tą panią.
– Nie, proszę pana, to ja jestem za tą panią, a tamta pani jest za mną, a nie przede mną.
– Zaczyna się – mruknął jeszcze inny pan.
– Nie! Ja jestem przed panią! – dodała kobieta.
– A ja po pani – dodał pan.
– To ja jestem przed i panią, i panem.
– Nieee!
– No proszę pana, niby jakim cudem pan jest przede mną, skoro byłam wcześniej?
– Nie interesuje mnie to, ja jestem za tą panią cały czas.

Powiedzcie mi, jak to jest, że im głupsze ma ktoś argumenty, tym bardziej nie wie się co odpowiedzieć? Zamilkłam. W ostateczności jednak weszłam szybciej dzięki sprawnemu i sprytnemu ustawieniu w szeregu.
Pielęgniarka była zajęta przez chwilę i kazała poczekać. A więc stanęłam sobie przy ścianie i zaczęłam grzebać w torebce, szukając papierów. Raptem, tak zupełnie niespodziewanie zaczęło gasnąć światło i się zapalać na przemian. Gaśnie, zapala, gaśnie, zapala. Myślę sobie: ,,O co chodzi? Kurczę, może ta pogoda powoduje problemy z energetyką?”. Poważnie mnie to zaintrygowało i zaczęłam się przyglądać z niezmierną ciekawością temu zjawisku. Niemal wpadłam w stan hipnotyczny. ,,Ciekawe czy mają tu tak często… a co jak w Warszawie też padnie prąd przez pogodę? Jak zrobię pranie?” itd. itd. itd.. Z mojego rozkwitającego monologu wewnętrznego wyrwała mnie pielęgniarka, przemawiając niezbyt miłym tonem głosu: ,,Pani mi światło wyłącza”.

To nie był koniec wizyt, byłoby za łatwo. Po godzinie spędzonej przed gabinetem EKG, został jeszcze anestezjolog. Niestety, wyszedł i powiedział do zgromadzonego tłumu, że zostanie może jeszcze pół godziny i ani minuty dłużej, a pacjenci niech się dogadają między sobą, bo wszyscy nie zdążą.
Kiedy zamknął drzwi, po prostu nie mogłam uwierzyć w to co słyszę.

– Ja proszę państwa muszę dzisiaj! – ogłosił jakiś pan.
– No a ja nie?
– Ale pani miejscowa.
– Miejscowa, Ale mam jutro pracę.
– Ja tak samo!
– A ja mam raka!
– Ja też! Złośliwego! Z przerzutami. I w ogóle mam daleko do domu.
– No a ja jestem chory – wtrącił jakiś facet bolesnym tonem.
– Co pan nie powie? A ja jestem zdrowa, tylko tu przyszłam dla beki – odrzuciła mu kobieta.

Po tej krótkiej, sympatycznej licytacji, na szczęście przyszła pani anestezjolog i powiedziała, że osoby z papierową wersją dokumentów zaprasza do siebie. Takie właśnie miałam, więc poszłam od razu.
Rozsiadłam się z długopisem w ręku, gotowa podpisać i szybko zwiać na pociąg. Jednak pani tak patrzy, patrzy i kręci głową.

– Proszę pani, ma pani bardzo wysoki potas… Niestety nie mogę pani puścić na operację, bo to grozi nawet śmiercią.
W moment przewinął mi się przez głowę cały stosy wykrzyknień w stylu: ,,Olaboga! Co to!? Jak to!? I ja się tu po to tyle męczę!? Żeby się okazało, że nie mogę wcale?”.
– Ale jak to możliwe? Przecież piję dużo kawy, a ona wypłukuje potas, nie? To chyba prędzej niedobór.
Pani zerka na mnie, lustruje… i najwyraźniej nie dostrzega choroby wypisanej na mojej twarzy.
– Możliwe, że to pomyłka. Pani zrobi drugie badania, dobrze?

Była bardzo miła. Wyszła z nami ze skierowaniem, zaprowadziła to tu, to tam. Miałam spore szczęście, że trafiłam na tę panią. Nie wiem czy tamten przesympatyczny pan wyruszyłby ze mną w podróż po szpitalu na poszukiwanie normy potasu.
Po drodze zaczęłam szukać w Internecie objawów. Dowiedziałam się, że to może być spowodowane niewydolnością nerek. Mam co prawda często jakieś bóle brzucha w różnych miejscach, ale objawy doczytałam inne:
,,bóle i uczucie mrowienia w mięśniach”
,,zaburzenia równowagi”
,,zawroty głowy”
,,kłopoty z koordynacją ruchową”
,,nieregularna praca serca”.
Jak Boga kocham nic takiego nie mam i nigdy nie miałam. Pokazałam to tacie i poszliśmy do góry na badania.
No i idę tak, idę po tych schodach, po chwili zaczynam lekko zipać. Nagle, czuję dziwne mrowienie na całym ciele, a szczególnie na czubku głowy. A gdy jestem już na drugim piętrze, kręci mi się w głowie i ciężko oddycha. Myślę sobie: ,,O co chodzi? Czy to to? A może ja to miałam cały czas? Tylko teraz właśnie sobie uświadomiłam ten fakt czarno na białym?”.
Wychodzę na korytarz i kiedy lekarz podchodzi, zaczynam już mdleć. Ten szybko reaguje, mówi bym położyła się na łóżku i chwyta moje nogi, kierując do góry.

– Co się dzieje? – pyta drugi lekarz.
– Mamy pacjentkę z hiperkaliemią. Niech ją ktoś zawiezie na intensywny oddział – przerywa – albo sam zawiozę, bo zanim ktoś przyjdzie, minie milion lat świetlnych.
– Ale panie doktorze! – przerywam – przecież ja nigdy czegoś takiego nie miałam!
– No bywa.
– Serio mogło mi się to nagle objawić? Czy mi się coś stanie?
– Możesz mieć arytmię serca.

Wsłuchuję się. Nie. Nie mam arytmii. Ale faktycznie, całkiem szybko bije. A może to jednak arytmia? Po chwili zaczynam mocno dygotać i szczękać zębami, choć nawet mi zimno nie jest. No cudownie. Dobre tyle, że w szpitalu odkryłam tę nowinę, a nie w domu.
Lekarz zawiózł mnie na oddział, podłączył kroplówkę z glukozą. Wykonano mi drugie badanie krwi oraz EKG. Następnie musiałam poleżeć, przeczekać godzinę. Niby spokojna, ale ciągle się trzęsłam. Dodatkowo pojawiły mi się znienacka w głowie niezwykle pokrzepiające myśli o tym, że za chwilę mi się sesja zaczyna, a jeśli mam na poważnie tę chorobę, to mnie stąd tak łatwo nie wypuszczą. O jak fajnie…

W międzyczasie, na ten sam oddział przyszły dwie staruszki. Właściwie, jedna pod opieką drugiej. Przybyła z objawem puchnących nóg. Ubrana na kolorowo, przy okazji niesamowita jajcara. Bez przerwy paplała. Pomimo głosu starszej osoby, miałam wrażenie jakby to wszystko mówiła roztrzepana nastolatka.

– No i co ja z nią mam, co ja z nią mam – załamywała się nad nią druga. – Panie doktorze, ona jest niepoważna. W ogóle nie chciała mnie słuchać…
– A co ja mam Cię słuchać, stara jędzo? Nic tylko gderasz i gderasz, kiedy ja zdrowa jestem jak rydz.
– Aaa widzi doktor?
Doktor podszedł i zaczął wypytywać o informacje typu data urodzenia. Słyszę zza parawanu:
– Tysiąc dziewięćset… Dziewiętnaście? Dwadzieścia osiem… Mam już setkę?
– Nie, nie ma pani jeszcze.
– To ekstra, jeszcze pożyję!
– Kobieto, dopiero skończyłaś 90 lat – usłyszałam drugą.
– Niech pani ściągnie rajstopy, dobrze?
– Daj, pomogę – mówi koleżanka.
– Nie-e! Sama! Sama! Ja sama sobie ściągnę, chyba to jeszcze potrafię!
– Dobrze, dobrze…

Zrezygnowana koleżanka podeszła do biurka i zaczęła opisywać historię jej przypadłości, podczas gdy sama zainteresowana zaczęła opowiadać: ,,Miałam męża, doktorze. Kiedyś, dawno temu. Już nie mam. Umarł. Obecnie mam po nim emeryturę… Słucha doktor? No, on był kombatantem…. kombatantem był…Teraz mam wtyki w całej Warszawie, jeślibym chciała sobie pojechać”.
Po tych słowach wstała i z niedociągniętymi rajstopami zaczęła gramolić się w stronę biurka.

– Kochanie, załóż te rajstopy. – poprosiła cierpliwie przyjaciółka.
– Heheh, plaża nudystów!
– Nie rób mi żenady.
– Dobra, dobra, nie ględź. Wiem, że nie mam już ciała nastolatki. Ale zawsze można pomarzyć.
Naciągnęła rajstopy, ubrała spódnicę i chwyciła za klamkę. Już miała wyjść, ale jeszcze na pożegnanie zakręciła tyłkiem, zalotnie mrugnęła i powiedziała: ,,Pa, pa doktorku!”.

Miałam łzy w oczach ze śmiechu. Czułam się jakbym oglądała jakąś komedię na żywo. Pielęgniarka do mnie: ,,Ooj, my tu mamy dużo takich przypadków”.
W każdym razie, w końcu odleżałam tę godzinę, nie powiem, wizyta staruszek bardzo mi pomogła w przeczekaniu jej.
Doktor w końcu do mnie podszedł i powiedział: ,,Pani ma potas w normie. Poprzednie badanie najwyraźniej było błędne”.
Oooo! Cóż za kamień z serca! Po wyjęciu wenflonu, zeskoczyłam w radości z łóżka. Już zupełnie zdrowa.

Zdrowa.

Dopiero po chwili uświadomiłam to sobie. Wyzdrowiałam wraz z wynikiem. Nadal nie mogę pojąć co to w ogóle miało być. Chyba moja jedyna ewentualna choroba to zaawansowana hipochondria. No, tata jeszcze potem dociekał czy ja tego nie zagrałam, żeby nie musieć czekać w kolejce. ,,A to by był w sumie całkiem niezły pomysł!” – powiedziałam – ,,Chyba sama bym tego lepiej nie wymyśliła. Tylko czemu nie na samym początku?”