Bez kategorii

Moje spojrzenie na szpital z pozycji chorego

Leżę już cała zadowolona w łóżku na oddziale. Tzn. zazwyczaj zadowolona, niekiedy trochę mniej – szczególnie, kiedy łapie mnie ból znienacka, taki, że się nie wie co z życiem zrobić. A co zabawne – BÓL ŁYDY. A ja przecież miałam operowane kolano, a nie łydkę, to co ta łyda się w ogóle odzywa?
Przedwczoraj przyjechałam do szpitala. Nie miałam żadnej schizy, żadnego cykora, żadnego nawet rajzefiber. W końcu przechodziłam przez to już wcześniej 3 razy. Jak to tam się mówi, stary weteran.

Pamiętam, że za pierwszym razem, niemal umarłam, zanim mnie jeszcze gdziekolwiek dotknęli. Moje bojaźnie dodatkowo wsparła pobudka w samym środku operacji. Poczułam się niczym w horrorze medycznym. Nie mogłam się ruszyć, uciec, pomachać nogami. W dodatku, słuchanie chirurga, który robi mi zamęt we wnętrznościach o dziwo nie należy do moich fetyszy. Usłyszałam za to niezwykle pokrzepiający na sercu tekst: ,,Ona się zaraz wykrwawi”.
Oooohoho! Momentalnie, rzecz jasna, nastała u mnie kompletna afera w mózgu (którym ruszać jeszcze mogłam). Zagaiłam do pielęgniarki:

– Boję się.
– Co ja ci na to poradzę?
No to ja w ryk. Łzy mi lecą strumieniem.
– No i co ryczysz? Problemy sobie robisz!
Chirurg spytał czy coś jest nie tak. A ona:
– E, ona to sama nie wie.

Za drugim razem było lepiej, a obecnie to już zupełnie się nie przejmuję.
Kiedy przyjechałam, na wieczór przed moim wielkim dniem (a raczej godzinką) dostałam łóżko na korytarzu. Całe tłumy, caaałe tłumy w tym szpitalu. Ja jednak niezbyt zrażona, rozgościłam się i zaczęłam czytać książkę.
Nagle pielęgniarka podchodzi i mi mówi: ,,Powiedz aaa”. Mówię ,,aaa”, a ta mi wsadza tabletkę do buzi, podczas gdy druga robi zastrzyk w brzuch.
Leżę sobie dalej. czytam i z biegiem czasu przysypiam. Nagle pytam:

– A proszę pani, co to za tabletka była?
– A odlotowa.
A ja tu ani nie umyta, ani nie przebrana, ani nic.
– Czy mogę jeszcze chociaż wziąć rzeczy stamtąd? – wskazałam na parapet oddalony o parę metrów.
– Możesz, ale szybko i już nie chodź.
Kładę się. Idzie druga babka. Ona natomiast z mydełkiem. I nawołuje: ..Idźcie się myć, przedzabiegowi”.
Odpowiadam szybko:
– Ja połknęłam tabletkę na sen.
– Ona nie działa na pstryk.

Oo, no na mnie jakoś działa. W końcu przez trzy poprzednie noce spałam po parę godzin. Ale dobra, dźwigam się z tego łóżka, biorę rzeczy i nagle dostrzegam wieeelką (dopiero w stanie rozkwitu) kolejkę przed łazienką. Ha, toż to ja bym chyba tam spadła, decydując się na ustawienie za ludźmi. Postanowiłam więc rezolutnie, by się umyć w umywalce.

Wczoraj rano znowu otrzymałam odlotową tabletkę – na godzinę przed zabiegiem. Potem mnie zawieźli, trochę się przebudziłam po drodze (i fajnie, lubię ten moment, kiedy mnie wiozą), ale byłam zmulona. Kobieta na sali mówi :,,Ooo ja Cię pamiętam” (takie tam po 3 latach), każe mi się przesiąść na drugie łóżko i usiąść.

– Ale po co? – pytam.
– Zastrzyk.
– Co? Przecież ja zaznaczyłam ogólne znieczulenie! Nie zewnątrzoponowe.
– Ono jest lepsze.
– Ale ja chcę narkozę!!!!!!
– Dlaczego?
– Bo jak miałam takie miejscowe, to się obudziłam w trakcie.
– I co?
– Noo.. I usłyszałam jak lekarze mówią, że się wykrwawię. Wystraszyłam się.
– Oooj, oni tak sobie gadają.
-…. A czemu lepsze jest miejscowe?
–  Bo potem nie ma takiego bólu jak po narkozie.
–  Ale nie chcę tego wszystkiego słuchać.
– Damy ci środek nasenny.
– A no dobra! To dawać mi ten zastrzyk! (w międzyczasie przypomniałam sobie, że kiedyś po narkozie wymiotowałam)
– Ok, tylko poczekaj chwilę, bo zaraz tu uśniesz na siedząco. Spróbuj nie zasnąć.
– Ale ja już zasypiam.
– To nam opowiedz coś śmiesznego.

No to ja im opowiadam o tym jak myślałam, że mam hiperkaliemię. Śmiejąc się, wbili mi zastrzyk w plecy.
Położyłam się i zaczęli coś tam grzebać w kolanie. Niby nie bolało, niby nie czułam… ale nie było to najprzyjemniejsze uczucie. Coś tam czułam w środku, takie gilgotanie. Zresztą mnie to już wystarcza sama świadomość, pobudzona wyobraźnia i dźwięki tych pił, skalpeli.
Pytam pani obok: ,,A co jeśli nie zasnę?”

– Zaśniesz – i dała mi w żyłę.
– A co jeśli się obudzę?
– To dostaniesz drugi raz.
– Okej. – i zasnęłam.

Przebudziłam się na samym końcu. Spytałam lekarza czy wszystko jest w porządku. Odpowiedział: ,,Idealnie”. No to spokojnie poszłam dalej w kimę.
Obudziłam się na sali. Lekko przepełnionej, ale i tak mam ogromne szczęście, że trafiłam na super fajne panie. Serio. Ogromne szczęście.
Jedna pani, która nas odwiedzała przed swoją operacją, opowiadała, że leży pomiędzy takimi babciami, co mają już demencję starczą czy coś tym guście. Krzyczą w nocy, bluźnią, grzebią w jej szafce. To bardzo przykre, jeśli chodzi o chorobę, każdego może takie coś spotkać. Jednak tej pani było mi również niesamowicie szkoda. Opowiedziała, jak jedna z nich ciągle jej rozkazywała.

– Daj mi spódnicę.
– Jaka spódnicę?
– Czerwoną!
– Skąd?
– Z szafy!
– Z jakiej szafy!?
– A co Ty ślepa jesteś? Tam stoi.
Oczywiście nie było żadnej szafy, widocznie z domem jej się pomyliło.
– Dobra, dobra. Widzę. Idę.
-No!
– Ale nie widzę czerwonej spódnicy.
– A bluzeczkę w koronki?
– Nie…
– OKRADLI MNIE!
– No coś takiego, żeby w szpitalu okradli.
– To podaj mi chociaż laczki.

Generalnie, jestem zadowolona z tej wizyty. Wiem, że to dziko brzmi, kiedy się mówi: ,,lubię ten szpital”, ale serio lubię. Jest malutko pielęgniarek, natomiast chorych całe tłumy. A one mimo wszystko chodzą uśmiechnięte, żartują z pacjentami. Jeden lekarz tylko mnie od czasu do czasu denerwuje. Ja wiem, że dzisiaj pokonałam parę metrów, co jest sporym wyczynem dzień po operacji, ale bez przesady. Wymyślił, by mnie jutro wypuścić. Ja przerażona patrzę na niego myśląc że żartuje, a ten mówił zupełnie serio.

– Wczoraj miałam operację.
– I co?
– Przecież mój chirurg mówił, że w poniedziałek minimum.

Potem kiedy ten był na obchodzie, upewnił się, z lekką skargą w głosie: ,,Ją chciałem wypisać jutro, ale ona mówi, że nie”. A chirurg: ,,No jak jutro!? Widzisz tę nogę, kurwa, czy nie?”.

Potem wpadł na kolejny genialny pomysł – wziąć mnie na zdjęcia.

– Mhm. To pan przyniesie aparat i mi tutaj zrobi, dobra?
– Rentgen, proszę pani.
– No nie no, pan poważnie? Nigdzie nie pójdę, przecież nawet na bok nie mogę się przewrócić.

Dobrze, że była obok rehabilitantka i popukała się po głowie. Chyba bym umarła z bólu, gdyby ten łoś mnie zaczął tam przewalać z boku na bok.

Ale nie, nie, to nic, ja nie narzekam. Ogólnie jest fajnie. 🙂 Oprócz tego, że kręgosłup mi odpada od leżenia i łydy rozwalają od środka – szpitale nie są takie straszne. Przynajmniej nie ten. Nie oszukuję Was. A na operacji słuchają sobie jakiegoś Rmf Fm.

A Wy macie jakieś historie dotyczące polskich szpitali? Podzielcie się w komentarzach, jestem bardzo ciekawa Waszych przygód 🙂