Bez kategorii

Kiedy sierota odwiedza sierotę…

W ten weekend pierwszy raz od… hohoho, od nie wiem kiedy, spotkałam się z przyjaciółką. Przyjechała do mnie i musiałyśmy nadrobić w niecałe 3 dni bardzo, bardzo dużo. Rozpisałyśmy sobie cały harmonogram – co musimy koniecznie zobaczyć.
No ale wiecie – to tak nigdy nie działa, że coś się ustali i to tak później jest. Po prostu nie. Im precyzyjniej coś się ustala, tym bardziej to nie wychodzi. Dałyśmy radę zauważyć owe zjawisko już w piątek, kiedy po przyjeździe Ani, zamiast na spokojnie pojechać do mnie do domu, przebrać się, pogadać itd., musiałyśmy zasuwać na drugi koniec miasta do siedziby UPS.

FIRMA UPS JEST NAJGORSZA Z NAJGORSZYCH.
Oczywiście ten post nie jest pisany w celach antyreklamy, ale tak tylko przy okazji wam wspomnę, jak klęłam na tego kuriera w piątek. Miał mi dostarczyć paczkę już parę dni wcześniej, bo potrzebowałam jej na TEN WEEKEND. Pierwszego dnia przyjechał i odkrył, że mam popsuty domofon. Zaznaczył, że nikogo nie było na miejscu i sobie pojechał (numer był na paczce, ale dobra). Wobec tego, w akcie desperacji, aby otrzymać paczkę w PIĄTEK, milion razy wydzwaniałam na centralę, żeby koniecznie zadzwonił do mnie, kiedy będzie na miejscu. ,,Tak, tak, oczywiście, przekażemy” – powiedzieli. No niestety. Nie zadzwonił. A kiedy otrzymałam jego prywatny numer i się skontaktowałam, mówiąc, że w poniedziałek to już będzie za późno, odpowiedział mi: ,,A co mnie to obchodzi? Nic, no nie da się”.
Dlatego trzeba było pojechać osobiście. A kiedy już tam z Anią czekałam, od niechcenia zamówiłam Ubera, żeby nie musieć jej dźwigać, bo była baaaardzo ciężka (paczka, nie Ania). Przedtem nie umiałam tego rozgryźć tej aplikacji do końca, nie chciała mi zadziałać, więc sądziłam, że tak będzie i tym razem. Ale nie. Zadziałało. Mało tego, ledwo kliknęłam, dostałam powiadomienie: ,,Twój Uber jest już na miejscu”. Spojrzałyśmy na siebie całe blade. No, no, no to dopiero nazywa się prędkość! Dźwignęłyśmy paczkę i pobiegłyśmy szukać parkingu. Do samochodu to się niemal wczołgałyśmy. UPS!

Kiedy przyjechałyśmy, uznałyśmy, że najlepiej by było poszukać jakiegoś klimatycznego baru. Spędzić tak przyjemnie noc w swoim towarzystwie, ewentualnie pójść na jakieś karaoke, bo to też dobra zabawa. Znalazłyśmy jeden taki bar w Internecie i pełne zapału pojechałyśmy go szukać. Okazał się być daleko za centrum, co już na pierwszy rzut nas lekko odtrąciło. A w środku zamiast karaoke, zastałyśmy kibiców oglądających mecz.
No to się cofamy i jedziemy na starówkę. A na starówce? Pustka, kompletna pustka. O 23:00 ilość ludzi przypominała 5:00. Przeszłyśmy ją wzdłuż i wszerz, szukając jakiegoś ciekawego miejsca. Bezskutecznie. Pogrzebałam więc szybko w Internecie i rzuciłam: ,,A może pójdziemy do Teatro Cubano? Dzisiaj jest wydarzenie Dirty Dancing 2!”. Ania zerknęła tzw. kątem oka na galerię zdjęć i odpowiedziała: ,,No nie wiem, mnie to tam wygląda na jakąś potańcówkę u cioci Teresy”.
Uparłam się, bo bardzo lubię Dirty Dancing 2 i poprosiłam, byśmy chociaż zajrzały jak tam jest, skoro już tu jesteśmy.
Poszłyśmy, a tam kilometrowa kolejka złożona z chyba samych Hiszpanów. Okazało się, że trafiłyśmy na klub latynoski. Pierwszy raz w takim byłyśmy, ale się świetnie bawiłyśmy. Była świetna muzyka – przeróbki znanych hitów, głównie Shakiry. Jedyną może wadą okazali się natrętni delikwenci. Dwóch do nas podeszło, z niesamowicie jednostajnym spojrzeniem, ale z zawrotną prędkością mielenia żuchwą (musiałam to zapisać! Nigdy, przenigdy nie widziałam, żeby ktoś tak szybko żuł gumę). Jeden z nich, bardzo chciał spróbować Ani drinka, jednak prędko go zasłoniła i wytłumaczyła, że jest chora. Na gruźlicę.

(Nie pytać o stylówę, to skomplikowane)

Kiedy wróciłyśmy, było już bardzo późno (no prawidłowo pisząc – wcześnie). Byłyśmy niezwykle głodne, więc zaczęłam gotować zupę. Pochyliłam się sprytnie nad gazem i zanim się obejrzałam, miałam włosy w płomieniach. Wszystko trwało ułamek sekundy, bo ugasiłam ogień rękami, ALE w ten ułamek sekundy zdążyłam dostać palpitacji serca, zacząć głośno krzyczeć, martwić się o życie, Ania zdołała jedynie wykonać mikro ruch w stronę zlewozmywaka, zaś całe mieszkanie zaśmierdnąć fetorem najgorszej spalenizny, jaką kiedykolwiek czułyśmy.

– Ania?
-…
– Jeszcze nic mi się w tym mieszkaniu nie paliło. Zawsze… zawsze musi być ten pierwszy raz. No szkoda tylko, że to byłam ja.

A rano po zignorowaniu 10-u budzików, w końcu wybrałyśmy się do miasta. Pochodziłyśmy po sklepach, napiłyśmy się kawy i różne takie. Poniżej reklama kawy.

Poszłyśmy też do Teatru Komedia. Dawno, dawno nie byłam na komedii. Co prawda, sam spektakl jakoś mnie nie zachwycił, ale scenografia owszem. Nie mogłam się napatrzyć na wystrój.

Kiedy wyszłyśmy i trafiłyśmy na grającego w spektaklu aktora pana Tomasza Dedka, większości znanego jako Jędrula w ,,Rodzinie Zastępczej”. Ależ miałam uciechę z tego zdjęcia!

Powrót okazał się dużo gorszy, niż myślałyśmy. Zagapiłyśmy się i pojechałyśmy metrem w zupełnie inną stronę, niż do domu. Z powrotem błąkałyśmy się między przystankami z pół godziny. Kolejne 20 minut czekałyśmy, aż autobus ruszy. Wróciłyśmy do domu o 00:00, kiedy to my miałyśmy przecież niezwykle górnolotne plany. Ostatecznie zrezygnowałyśmy z nich i wylądowałyśmy w osiedlowym barze o niezwykle przekonującej i wdzięcznej nazwie: ,,Przekąski u Romana 24/h”.

 

(Wbrew pozorom, piłyśmy tylko wodę 🙂 )

Okazało się, że ów Pan Roman, słynny warszawski barman był na miejscu. Tego to się byśmy nie spodziewały o drugiej w nocy. Uśmiechnęłyśmy się do Niego, gdy był w kuchni. Ku naszemu zaskoczeniu, zaraz wyszedł ku nam, ucałował, przytulił i rozpoczął długą rozmowę. Miło było widzieć takiego szefa lokalu, z niezwykłą pasją do zawodu i z sercem dla ludzi. Każdy klient znał Pana Romana i zamieniał przynajmniej słowo. Nic dziwnego, to bardzo miły człowiek. Poprosiłyśmy o wspólne zdjęcie. Zaprosił nas za bar i poprosił inną barmankę o wykonanie. To było niezwykle sympatyczne.

A tak na zakończenie, ażeby nie zanudzać, dodam, że po ciężkim nocach najlepsza jest pomidorowa z dużą ilością  tabasco. A jeśli się nie dysponuje, wróćcie do 1szego zdjęcia 🙂 Pomidory z mozarellą i pesto też mogą być!