Bez kategorii Swawolnie

Sierota w dużym mieście

(zdjęcie wyżej – z zupełnie przypadkowymi ziomkami, które też chciały mieć zdjęcie 😀 )

Zawsze marzyłam, by zamieszkać w wielkim mieście. Oprócz tego zawsze marzyłam, by związać swoje życie z aktorstwem. Wobec tego, wreszcie czuję, że moje marzenia zaczynają się spełniać. Pierwszy tydzień w szkole aktorskiej w Warszawie za mną.
Fuksówka fuksówką, ale momentalnie poczułam, że jest to miejsce, które kocham. Choć jeszcze nie do końca się w nim odnalazłam, staram się tym nie przejmować. Kiedy wspominam sobie moje poprzednie miejscowości, szybko doceniam zalety dużego miasta.
Ja wiem, Człuchów potrafił być naprawdę uroczy i go nawet lubiłam. Taki mały, skromny, zadbany. Dla mnie, jako gimnazjalistki po wyprowadzce ze wsi, był idealny.
Jednak mimo to, były takie aspekty, które mnie codziennie albo denerwowały, albo śmieszyły. I to tak we mnie rosło, rosło… Im starsza, tym bardziej miałam ochotę wyjechać.

1. Brak anonimowości. Każdy każdego zna. Popełnisz jakiś błąd – wszyscy będą wiedzieć. W dużym mieście, jeśli ktoś zadziwi swoim ekstrawaganckim wyglądem, za moment każdy o tym zapomina. A tam? Oj nie, nie, wydaje mi się, że wszyscy będą o tym pamiętać co najmniej tydzień.
2. Mało miejsc pracy i możliwości rozwoju.
3. Mało miejsc, gdzie można na spokojnie usiąść, zregenerować siły ze znajomymi.
4. Kiepska komunikacja.
5. Ze 4 Biedronki, nie wiadomo po co.
6. Nie wiem czy to domena konkretnie miasteczka (wspominając ten post, to raczej po prostu taka polska przywara), ale śmieszyły mnie głupawe kradzieże, typu koszyk z roweru. Albo raz ciemną nocą, mojej przyjaciółce ktoś wykopał ziemniaki z pola.
7. Ciągle odnosiłam wrażenie, że wszyscy są do siebie podobni. Słuchają tej samej muzyki, podobnie się ubierają, mają takie same zainteresowania, zbliżone temperamenty. Było to dla mnie przykre, ponieważ uwielbiam różnorodność wśród ludzi. Zupełnie nie przeszkadzają mi osoby, które swoją aparycją sprawiają pozory kompletnych wariatów – mających ,,dzikie pasje”, ubierających i farbujących się na wszystkie kolory tęczy etc. Po prostu interesują mnie ludzie, którzy się wyróżniają z tłumu.
8. PEŁNO osób w stylu CHWDP: dresy, rapsy, te sprawy. Wiem, niektórzy pewnie mnie za to zlinczują, lecz należę do osób, które cenią kulturę osobistą. Od razu wytłumaczę – nie zamierzam tu potępiać rapu – muzyka jak muzyka. To że ktoś go słucha, nie oznacza rzecz jasna od razu nic złego. Ja sama co prawda nie przepadam, wolę inne gatunki, ale nie uważam, by ktoś kto lubi, był gorszy czy coś. Nawet moja mama jako nastolatka słuchała namiętnie rapu i uwielbiała Liroy’a i Karrambę, których miała wszystkie płyty i cieszyła się niesamowicie, gdy mogła ich osobiście poznać. Tak samo jak ubieranie dresów. Chodzi mi konkretnie o ten charakterystyczny sposób bycia młodych gniewnych, którzy plują, ciągle się upijają, palą wszystko co się da, są niemili i klną jak szewcy. W dodatku chodzą tacy z głośną muzyką w telefonach po ulicach, nie przejmując się tym, że inni mogą niekoniecznie mieć ochotę słuchać tego co oni.
9. Choć muszę przyznać, że przez chwilę miałam zainteresowanie u niektórych z tych osób, gdy wywiesiłam plakat z przedstawienia na drzwiach pokoju w bursie. Trzymałam na nim papierosa. Rany, ile ludu do mnie przyszło, bym sprzedała papierosy!
10. Człuchów jest tak malutki, że da się go spokojnie przejść od początku do końca w max. 40 minut. Mało miejsc, żeby pójść na spacer.
11. Około 19:00 miasteczko całe powoli zamiera. A właściwie to tego życia chyba w ogóle brak.
12. Cieszyłam się bardzo kiedy otworzyli kino. Co prawda niewielki wybór repertuaru, ale zawsze coś. Niestety, dopchałam się do niego tylko raz. Cały czas kino było wypełnione po brzegi, bo ludzie przyjeżdżali jeszcze z miejscowości obok. No ale nie jestem zła, w pewien sposób się cieszę, że było zainteresowanie. To pozytywnie świadczy.

No i stało się, dobra. Trafiłam do tej wymarzonej Warszawy, o której śniłam po nocach. Patrzę ze wzruszeniem na przejeżdżające tramwaje i masy ludzi wypełniające ulice. Jednocześnie czując, iż póki co, jest to dla mnie DŻUNGLA. Przez pierwsze dni, gubiłam się dzień w dzień. GPS oraz ludzie przechodni, za każdym razem wskazywali mi inną drogę do szkoły. No nie było dnia, bym nie miała porannego cardio na przystanek. W dodatku, na początku kompletnie sobie utrudniłam trasę, bowiem przenosiłam się z tramwaju do metra, z metra do tramwaju, rzecz jasna, tracąc orientację przechodząc z miejsca na miejsce… A ostatecznie okazało się, że mogę dojechać tylko jednym tramwajem. Naprawdę – jeśli jest jakaś zła dróżka, to ja na 100% pierwsze na nią wejdę. I ta moja naiwność, Boże Święty…
Pewnego dnia, spiesząc się do szkoły, zostałam złapana za rękę na Pradze przez staruszkę, najprawdopodobniej Cygankę.

– Daj, daj, dziewczyno, złotóweczkę na herbatę.
Złotówkę. No co ja nie dam? Oczywiście, że dam.
A ta mnie szarpnęła szybko za rękę i mówi:
– Daj, daj, ja powróżę.
– Niee…. dzięku…
– NIE BÓJ SIĘ! Nic ci nie zrobię… Co tu masz… Nie wyrywaj się! Tak, jesteś emocjonalna, nerwowa, uczciwa, będziesz żyła do 94 roku życia…
– No, dziękuję, spieszę się.
– Teraz przełóż 2 złote do tej przegródki…– tak, ja głupia, nie zdążyłam schować portfela. – A teeee 20 zł, tuuuu.
Po czym moje 20 zł wylądowało w jej zaciśniętej łapie.
– Proszę mi oddać – zaczęłam się denerwować.
– Kochaniutka! 20 złotych wróci ci się w zdrowiu podwójnie! Zapewniam! Dziewczyno, nie masz grubszych banknotów?
– Jestem studentką! NIE MAM! Proszę mi oddać!
– Kłamiesz! Masz, masz…
Zacisnęłam portfel.
– Niech mi pani odda moje pieniądze!
– Ale to nie dla mnie! To na twoje szczęście!
Już myślałam, że zaraz chwycę za gaz pieprzowy, ale na szczęście banknot zdążył jej wypaść z rąk. Podniosłam i uciekłam.

Już się nie dam nabrać. Mówię wam, ja się wcześniej bałam tych ulicznych czarownic. Uważałam, że nawet gdy wyglądają niezbyt uczciwie, to już lepiej tę złotówkę dać, bo jeszcze rzucą na mnie klątwę, jeśli się zezłoszczą.

No i właśnie tak sobie myślę, że ta wiedźma chyba faktycznie się na mnie zezłościła.

Bo teraz leżę ze zwichniętą rzepką.

Licząc po cichu, że to tylko takie złe dobrego początki.

A jakie wy macie upodobania? Wolicie duże miasto czy małe? A może jednak wieś? Napiszcie mi w komentarzach, jestem bardzo ciekawa! 🙂