Bez kategorii

Sierota w dużym mieście 2

Po jakimś czasie leżenia z kolanem do góry, w niedzielę wieczorem, w końcu zebrałam w sobie siły i uznałam, że nie mam pomysłu jak, ale następnego dnia pójdę do szkoły – choćby – nie wiem – co! Od razu odzyskałam energię i chęć życia, zdobywania gór. Dopóki nie uprzytomniłam sobie, że zapomniałam z domu suszarki, a włosy to wypadałoby umyć. Bez niej w moim przypadku się nie obejdzie – kiedy sobie zapomnę o wysuszeniu, rano mam istną stajnię Augiasza na głowie.

W związku z tym, że nie wiedziałam do kogo się zwrócić, zaczęłam pukać do sąsiadów. Nikt, po prostu nikt nie otwierał. Już chciałam zrezygnować i się przeprosić z naturą, aż nagle słyszę groźne: ,,KTOOO TAAAM???”. Nic nie odpowiedziałam. Zaczęłam się wahać czy nie uciec szybko, ale wiadomo – byłoby ciężko.
No i wychodzi taki ponury dziadek z otchłani ciemnego pokoju i pyta: ,,Czego!?”. Nie mając za bardzo wyboru, zapytałam drżącym głosem:
– Przepraszam bardzo… – zerkając na jego łysinę, przez chwilę zawahałam się co powiedzieć. – Jest może jakaś kobieta w domu?
– Co!? Nie!
– Ojej, to przepra…
– A czego pani chciała?
– Yyy… no właściwie to ni… no bo ja suszarki szukam.
Spojrzał na mnie jak na idiotkę. Już chciałam zrobić odwrót, gdy spytał:
– A co pani myśli? Że ja suszarki w domu nie mam?
No i tak właśnie poznałam pierwszego sąsiada!

A więc dobrze. Następnego dnia zerwałam się skoro świt, wyzbierałam się i poleciałam na autobus (aby jadąc zorientować się, że pojechałam w przeciwnym kierunku) tylko po to, by dowiedzieć się radośnie, iż moja pierwsza lekcja 1,5 h została odwołana. Noo… szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałam co z tym faktem uczynić. Pójść nigdzie nie pójdę, wrócić nie wrócę. Siedzieć na korytarzu to też tak głupio. Wobec tego, po pewnym namyśle, wepchnęłam się do innej klasy na zajęcia.
– Dzień dobry. Mam odwołane zajęcia, a ja nie jestem dysponowana do chodzenia z grupą, czy moglibyście mnie przygarnąć?
– A jaką byś miała teraz lekcję?
– Tańce.

Minął pierwszy tydzień.  Naprawdę bardzo podobały mi się zajęcia. Niedawno też poszłam na integrację roku. Szkoda, że wychodząc, zabrałam cudzą kurtkę. A zorientowałam się, próbując ją wcisnąć na siebie wczoraj, wybierając się z rodzicami do Złotych Tarasów.

Postanowiliśmy pójść do kina. No a kino jest na trzecim piętrze. Podeszliśmy więc do schodów ruchomych. Mama wjechała, a ja się gwałtownie zatrzymałam. Nie miałam zielonego pojęcia, jak by tu zsynchronizować ruchy z moimi kulami, bym nie stworzyła między sobą, a nimi odległości 20-tu schodków. One tak szybko zasuwały, że nawet nie byłam w stanie zdążyć wysłać polecenia z mózgu do nóg, by wreszcie ruszyły do przodu. Proszę się nie śmiać, ale teraz wiem co czuje żółw w takim momencie.
Już zamierzałam poszukać windy, gdy nagle jakaś przemiła pani się zaoferowała i zaczęła mi wyłączać po kolei wszystkie schody ruchome. Wiem, że chciała dobrze. Ale wyszło tak, że musiałam zdyszana zapylać po wszystkich schodach, wraz ze spoconym tatusiem, ignorując wściekłe komentarze i spojrzenia utworzonego za nami tłumu. Tymczasem mama stała na 1szym piętrze z grupą Arabów, którzy okazali się bardzo mili, bo obiecali mnie zanieść osobiście w razie czego. Jednak zanim tam doszłam, nie wiedzieć czemu, wszyscy zniknęli.
W końcu dotarliśmy na samą górę. Klapnęłam przed KFC. Rodzice postanowili pójść kupić coś do jedzenia. Tata położył obok mnie kurtkę i powiedział:
– Karina, ale ta kurtka ma zostać tutaj. Dokładnie tutaj. I ma być tą samą kurtką, gdy wrócę.