Wszystkie

Seta z cebulą cz. 2

Kończą się wakacje, a wraz z końcem wakacji kończę moją niezwykle zawrotną karierę kelnerki. Na zawsze? A nie wiem, podobno życie studenckie weryfikuje wszelkie założone plany, więc póki co nie wykluczam tej opcji.

I tak jestem bardzo zadowolona z tego, że w ogóle spróbowałam. Spełniłam jedno ze swoich wewnętrznych marzeń i pokazałam sobie, że potrafię. Wcześniej sądziłam, że przy moim roztrzepaniu ta praca nie jest dla mnie. Naprawdę byłabym zdolna zgubić swój własny cień.
Zresztą dla przykładu, całkiem niedawno byłam w lumpeksie. Zadzwonił telefon, więc natychmiast wysypałam rzeczy z torebki, by go znaleźć (dużo tego było – przecież wiadomo, że w damskiej torebce znajdzie się WSZYSTKO i gdyby dobrze poszukać, lemiesz do pługa konnego również by się znalazł). Wyciągnęłam także swój ulubiony sweterek i położyłam na kosz z ubraniami. Idealne miejsce, prawda? Odebrałam telefon, pogadałam i wyszłam. A sweterek? Już tam został.

O, a innym razem, będąc na korkach spadł mi złoty pierścionek na ziemię. Pisałam akurat zadanie. Nie chciało mi się po niego schylać, więc błyskotliwie wymyśliłam, że schylę się PÓŹNIEJ. No, nie schyliłam się. Wiadomo. Na szczęście, kiedy wróciłam, leżał tam jeszcze, uradowany z pewnością, że korepetytor nie zdążył przejść się jeszcze z odkurzaczem po pokoju.

Jest jak jest, ale pocieszam się czasem, że nie tylko ja jestem taka inna. Inni ludzie również są inni. Może na inny sposób, a nie taki jak ja. ALE zawsze jakoś. Kiedy sobie o tym pomyślę, trochę lżej się na duszy robi.
Da radę zauważyć inność innych zwłaszcza w kontakcie z niektórymi klientami, stojąc za barem. Pod ostatnim postem dostałam prośbę o rozwinięcie tematu. Dobrze. Teraz więc rozsiądźcie się wygodnie i poczujcie opary piwa, kebaba wraz ze spaghetti bolognese. Przedstawię wam 10 moich ulubionych ,,kwiatków” z restauracji, żywcem wyrwanych z mego notesu. Inaczej pisząc: zasłyszane gdzieniegdzie rozmowy na wyrywki, pojedyncze zdania lub sytuacje. Zapraszam do czytania! 🙂

1.

– Dzień dobry, widzieliśmy na potykaczach reklamę pierogów i naleśników. Macie pierogi z owocami…
– … Dzień dobry, z owocami nie ma.
– Z owocami morza.
– Z owocami morza?!
– Tak.
– Yy, noo, yyy, no nie.
– Mąż ma ochotę. No ale jak nie ma, to trudno, weźmiemy coś innego.

2. Kiedy klient kończył posiłek, wypadało mi zapytać:

– Czy smakowało Państwu?
Jedna pani odrzekła mi na to:
– Dobre kobito, dobre.
– To bardzo się cieszę.
– Oj, będziemy polecać tego kiebaba i desera lodowego. (sic!)

3. Kiedy mówiono w wiadomościach o ludziach, którzy kradną gwoździe, serwetki, miski dla psów z miejsc publicznych, myślałam, że to tylko jakiś tam odsetek. Wcale nie ogół. A jednak chyba się myliłam. Niby się nie łapie na gorącym uczynku… ale jakoś te szklanki, serwetki, popielniczki, to wszystko znika! I to ekspresowo. Na domiar tego, kostki z sedesu również magicznie giną. Raz mama przyuważyła w toalecie kobietę, która zacięcie przelewała mydło z naszego do swojego pojemnika.

– Czy pani nie przesadza?
– Nie, dlaczego?

4. A tak najbardziej na świecie, to – jak wspomniałam w poprzednim poście – ubóstwiam osoby, które są na tyle urocze, że im więcej się postarasz, tym bardziej cię ochrzanią.
U nas raczej istnieje zwyczaj podchodzenia do stolików, o ile klient sam pierwszy nie podejdzie do baru. Od czasu do czasu zerkamy na zewnątrz, jednak kiedy przez dłuższy czas nikt nie przychodzi, zajmujemy się czymś innym, chociażby polerowaniem sztućców. Raz w takiej sytuacji po jakimś czasie podeszła naburmuszona kobieta:

– Proszę pani, co to ma być?
– Słucham?
– Co to ma być, że my siedzimy, siedzimy i nikt nie podchodzi?
– A gdzie państwo siedzą?
– Na zewnątrz.
– Przepraszam, nie zauważyłam.
– No ja myślę… Dobrze, chciałabym zamówić […]. Czy można wejść z pieskiem?
– Niestety nie można.
– Ale jest mu gorąco na zewnątrz.
– Przykro mi. W środku również jest gorąco. Proszę usiąść na zewnątrz pod parasolem, mogę przynieść dla niego wodę.
– Ale dlaczego nie?
– Ze względów sanitarnych, poza tym niektórzy pracownicy mają uczulenie.
– No ale piesek jest malutki.
– Nie szkodzi.
Odeszła, prychając do koleżanki:
– A w Warszawie to można było.

5. Zaraz obok osób zrzędliwych, na moim piedestale lokują się osoby obrażalskie. Muszę przyznać, że niektórzy to się naprawdę łatwo obrażają. Chciałabym móc ich zrozumieć. Chociaż czasem jest ciężko. Weźmy na przykład rodzinę, w której pan domu zapytał o rozmiar pizzy. Dowiedziawszy się, że jest to wymiar 32 cm (o to taki rozmiar, że nie zdołam zjeść całej, chyba, że mam wilczy apetyt), niezwykle się obruszył i nakrzyczał, że nie zamierza jeść tak małej pizzy, a nawet dwóch tak małych pizz i koniec!!!
Co prawda, reszta rodziny zamówiła sobie właśnie pizze i inne dania, ale on się obraził i nie zjadł nic a nic.

6. Pamiętam także innego pana domu, który po zamówieniu pizzy dla rodziny, będąc lekko wciętym, wrócił z nią i zaczął krzyczeć, że dodaliśmy dużo curry, którego nie NIE ZNOSI. Miał ogromne pretensje.
Oczywiście, że nie było w niej ani krzty curry. To byłaby ostatnia przyprawa, jaka by się mogła w niej znaleźć. Przecież we włoskiej pizzy nie ma miejsca na curry. Spróbowaliśmy jednak, by się upewnić i faktycznie nie było. A żeby mu to udowodnić, pokazaliśmy wszystkie składniki, a nawet składniki przypraw.
I nic. Pan uznał, że robimy go w konia, a on się nie zawaha tej pizzy opublikować i w ogóle ciemnota z nas jakaś. Po czym wyszedł z nią, tarmosząc w rękach.

7. Czasem zasłyszę coś nieprzeciętnego, kiedy sprzątam stół na zewnątrz. No więc raz tak sobie sprzątam stół. Tak przecieram, przecieram i nagle słyszę wrzask jakiejś sympatycznej matki: ,,MŁOOODY, zamknij się i siedź cicho. Ale już! Bo ci zaraz kebaba zabiorę”.

8. Innym razem, kiedy sprzątałam stół… jednakże już wiele późniejszą porą, zasłyszałam rozmowę przepełnioną do cna niezwykłą głębokością… a może raczej monolog:

– Pamiętaj Stefan… że ja cię bardzo szanuję i lubię…. A lubię, bo… cię szanuję…. wiesz? A z MARKIEM, to ty w ogóle nie rozmawiaj. W ogóle. Bo on cię nie lubi i cię nie szanuje… A wiesz dlaczego on cię, kurwa, nie szanuje?
Nastała cisza. Stefan zwieszony wpółnago nad butelką przestał smętnie kiwać głową. Nawet ja przystanęłam i zaparłam dech, by usłyszeć puentę wypowiedzi. Po chwili dokończył:
– Bo cię nie lubi…

9. W którąś sobotę stałam za barem. Przyszła grupka lekko wstawionych panów. Wśród nich, wyszedł dumnym krokiem ku mnie jakiś adonis i poprosił z szarmanckim, lecz nieco koślawym uśmiechem o piwo. Nalałam.

– Ale z sokiem ma być.
– Dobrze, będzie z sokiem. – Nalałam i postawiłam na blacie.  – 6,50 poproszę.
– Dam 6 złotych. – wyszczerzył się – bez 50 groszy, bo nie ma słomki, hehe.
No to wsadziłam mu tę słomkę, a nawet różową. Dał mi 7 złotych, rzucając:
– Tylko dobrze wydaj.

Wydałam, myśląc naiwnie, że sobie pójdzie z tym piwem do kolegów. A ten mi się rozsiadł przed barem, spojrzał obłędnym wzrokiem i spytał o której kończę.
Oooo, dla pana, który pije piwo z sokiem przez słomkę i żałuje mi 50 groszy, moja odpowiedź brzmiała, że wcale stąd nie wychodzę.

10. W zwyczaju mamy dodawanie do rachunku gumy dla klientów. Jeden mnie zapytał: ,,A co? Sugeruje mi Pani, że wali mi z ryja?”

 

Ciekawi mnie czy wszyscy klienci są tacy sami, czy to tylko domena Polaków? Może ktoś pracował za granicą i miał ochotę się na ten temat wypowiedzieć? 🙂